IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 List gończy

Go down 
AutorWiadomość
Prusy
Kapitan
avatar

Orientacja : Jestem samowystarczalny.
Ekwipunek : Ego.
Wątki i powiązania : Powiązany z rumem, zakochany w swoim odbiciu w lustrze. A gdzieś tam w tle są jeszcze małe pisklaki. Łotysz też, ale się nie przyzna.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : To oczywiste. Żeby zalewała was moja wspaniałość. Co to w ogóle za pytanie?
User : Nie jest ci to potrzebne do szczęścia.
Liczba postów : 80
Join date : 21/10/2012
Skąd : Kunnegsgarbs

PisanieTemat: List gończy   Sob Lis 03, 2012 4:52 pm

= POSZUKIWANY =
Znasz ten moment, kiedy pętla sznura zaciska się bezlitośnie wokół twojej szyi, kradnąc ostatni oddech, a twoje stopy tną powietrze tracąc grunt? Tę chwilę, gdy kat z wyraźnym zadowoleniem obserwuje swoimi małymi, paciorkowymi oczami jak walczysz z objęciami śmierci? Ten ułamek sekundy, podczas którego czas staje w miejscu, a ty zdajesz sobie sprawę, że oto zbliża się twój niezbyt chwalebny koniec? Nie?
On zna. I nikomu nie poleca.
    Z nakazu Wilhelma III, z Bożej łaski Króla Anglii, Szkocji, Francji i Irlandii, ogłaszamy, że Gilbert Beilschmidt, pospolicie zwany Kapitanem Prusem lub Władcą Mórz, jest obarczony wyrokiem skazującym na śmierć.

Szubienica, czyli ryzyko zawodowe w pirackim fachu. Mały dodatek do kradzionych skarbów, starych skrzyń złota, dumnych okrętów i morskich potyczek. Jeśli kaperstwo to twój chleb powszedni, a chlubą wypalona symbolicznie na nadgarstku litera „P”, spotkanie ze śmiercią masz załatwione. Bardzo prawdopodobne, że kostucha przyjmie cię po znajomości poza kolejką. W końcu, jako pirat, nieustannie z nią flirtowałeś, obdarzałeś względami, targowałeś się z nią, podejmowałeś ryzyko. A on czynił to szczególnie często, uzależniony od adrenaliny. Wciąż balansował na cienkiej linie, dobywał broni, podejmował wyzwania. Wywieszał czarną banderę, niczym ciemny orzeł krążąc wokół przeciwników. Nieustannie targał się na własne życie z charakterystycznym, złośliwym uśmiechem wiecznie skrytym w kąciku ust. Taki jego urok.
W końcu pirat, czyż nie?
Byłoby hańbą nie spróbować wszystkiego co się wiąże z tym tytułem. Abordaże? Porządek dzienny. Machać szabelką może każdy, dla niego to dziecinna igraszka. Mistrz szermierki kłania się w pół. Podział łupów? Atrakcja dnia. Porwanie? Raz w miesiącu, nie można pozwolić by załoga się rozbestwiła. Napady na statki brytyjskiej korony? Przecież każdy ma jakieś hobby. Należy rozwijać swoje zainteresowania i szlifować talenty. Pojedynki? Im więcej tym lepiej. Widok rozłożonego przeciwnika nigdy się mu nie znudzi. Bijatyki, rozróby, oszustwa? Przekręty to jego domena, krwiste oczy zawsze mają plan. Bitwa morska? Tylko w dzień powszedni, resztę nawykł spędzać w portowych tawernach. Dlaczego? Bo prócz pikantnego smaku przygody, kłującego aromatu intrygi i pozostającego na języku posmaku słodkiego tryumfu, ukochał sobie piwo. Dobre, niemieckie. Ewentualnie irlandzkie. Jako korsarz nie pogardzi również grogiem.
    W świetle prawa samozwańczy Kapitan Gilbert dopuścił się kaperstwa, licznych rubieży i czynów niegodnych człowieka, karanych śmiercią przez powieszenie.

Jakieś ostanie życzenia? „Dajcie mi piwa”.
Mówią, że ostatnia kropla złocistego trunku smakuje najlepiej, szczególnie przed śmiercią. On miał okazję się przekonać. Fenomenu nie było, chociaż jakaś doza przyjemności została. Podobnie jak wtedy, gdy gościł na francuskim żaglowcu Concarde. Chłód tamtej nocy postanowił mu towarzyszyć, jak wierny pies. Dreszcz niecierpliwości i smaganie ciekawości motywowało do działania. Włam na statek nie należy do najmądrzejszych pomysłów, szczególnie ten gdy wygląda jak przesłany priorytetem przez Davyego Jonesa. Jednak nie mógł się powstrzymać. Wierzę, że ty też nie. Powiedz, czy i ciebie nie zaintrygowałby opadły na mieliźnie okręt, chłostany przez leniwie fale, o postrzępionych płachtach żagli, skąpany w blasku księżyca? Mroczny, skrzypiący męczeńsko przy każdym podmuchu wiatru, skrywający nieznane nikomu sekrety. Już czujesz to mrowienie, prawda? Podskórne pragnienie by wydrzeć z zimnych szponów śmierci jej największe tajemnice. Chciałbyś wejść na zniszczony pokład, rozdarty na granicy dwóch światów – żywych i umarłych. Jeśli tak, witaj w klubie. Tylko nie zapomnij poprosić o zgodę. Duchy nie są skore do przyjmowania gości, szczególnie w środku nocy. Kajuta kapitana to główny cel. On skierował się tam natychmiast, znikając w objęciach ciemności. Pośród sterty zakurzonych papierzysk, natrafił na podejrzany, stary zwój. Carte del’ Isle le Jamaique, głosił zawiły tytuł. Jego francuski był marny, żeby nie powiedzieć beznadziejny, ale naprędce zaznaczone krzyżyki natychmiast rozjaśniły mu umysł. Mapa skarbów. Nieczęsto ma się okazję zdobyć coś podobnego, nie?
Próbował ją rozszyfrować, ale nawet jego geniusz nie potrafił pojąć jej zawiłych znaków. Każda część wnosiła coś nowego, a analiza w środku nawiedzonego statku, pośród mściwych dusz korsarzy, nie była spełnieniem jego marzeń. Księżyc w pełni, a na pokładzie pojawił się niespodziewanie szczątkowy hałas. Po ziemi chodzi wielu ludzi, ale są pewne osoby, które rozpoznasz pośród tłumu. A jego Nemezis zdradził przeklęty, brytyjski akcent. Pytanie dnia: zostać i zastrzelić swojego wroga publicznego numer jeden, czy uciec jako właściciel starej mapy skarbów?
Trudna decyzja. A broń sama rwała się do użycia. Dlaczego więc gdy drzwi skrzypnęły potępieńczo, zadecydował się drugą opcję? ...Pistolet nie był naładowany.
Zgarnął mapę w chwili gdy w wejściu pojawił się znany blondyn. Nim skoczył przez okno, znikając w odmętach morskich fal, posłał znajomej sylwetce ukłon w parze ze złośliwym uśmiechem. Głośne angielskie przekleństwo było jak poklask.
    Niniejszym oznajmiamy, że z całej naszej mocy pragnąc przeciwdziałać wspomnianym wykroczeniom i dalszym napaściom na skarbiec Jego Królewskiej Mości, oficjalnie nakładamy na Gilberta Beilschmidta całkowity zakaz przebywania na terytorium państwa angielskiego.

Każdy ma swoje wzloty i upadki. Tryumfem można nazwać udany napad na chińską dżonkę, skradzenie dosłownie wszystkich bogactw i zostawienie płonącego okrętu za sobą. Podobnie w przypadku udanej bitwy morskiej – ty odpływasz w chwale i glorii, twoi przeciwnicy wiaderkami wylewają wodę ze swojego statku. On zasłynął ze zwycięstw wielkich i nieoczekiwanych, spektakularnych i osławionych przez swoją własną legendę. Siedem mórz nie miało przed nim tajemnic, ocean stanowił dlań dom, schronienie, niemal ojczyznę. Żył by plądrować, bogacić się na łupach żeglować pod banderą trupiej czaszki. Oczywiście zdarzały się porażki. Te trudno było przełknąć, czy to popijając rumem czy piwem.
Jedną z największych katastrof w jego pirackim dorobku była bitwa w polskim porcie. Przegrał, ale jego ulubiony okręt, Malbork, wyszedł z potyczki jak on sam – dumnie, przeciwstawiając się upartym falom. Jak każdy w podobnych okolicznościach, tak i on najsampierw skierował swoje kroki ku zapomnianej tawernie. Tam mógł się spokojnie wyżalić nad kuflem złocistego trunku, wszcząć bójkę i wygrać ją przy dźwięku wyimaginowanych fanfar. To podnosiło samooceną i wyrównywało morale.
Zdarzyło się, że spotkał pewnego chłopaka. Mały, drobny, drżący jak młody pisklak zaraz po wykluciu. Albo osika. Bodajby książę, czy inna szycha. Dla niego liczył się tylko cięty język, hardy charakter, słowna walka o swoje racje – gdy potrafisz zripostować, masz u niego plusa. A mały okazał się idealnym kompanem i świetnie znosił grad obelg pod swoim adresem. Byłoby kłamstwem zaliczającym się pod grzech śmiertelny stwierdzić, że nie pił w towarzystwie Łotysza. Na drugi dzień obudził się z potwornym kacem, nieco nadwątlonym wyglądem młodego boga i uszczuploną o mapę skarbów kieszenią. Taka sytuacja nie zaliczała się do piorunujących zwycięstw. A przynajmniej nie tych, które okryły jego reputację nieskazitelną nienawiścią na rosyjskich ziemiach.
Piracka dusza wie jak walczyć o swoje, szczególnie gdy w ostatnich latach między mordowaniem, masakrowaniem i rabunkami, nie miała nic do roboty. Lubił okradać innych, ale gdy ktoś tknął jego własność, mógł się pożegnać z życiem. Zaborczość figurowała przy jego nazwisku od pokoleń. W dodatku, gdyby młodzian uciekł hen za Wisłę z francuską mapą, opcję szybkiego zarobku trafiłby szlag. To oznaczałoby porażkę. A pruska duma nie znosiła przegranej, dążyła wyłącznie do wbicia chłopaka w ziemię. Pod podeszwą jego buta mały wyglądał urzekająco słodko, rozdygotany, przegrany i zdany na łaskę swego oprawcy. Tylko dlatego przeżył nawałnicę pruskiego gniewu i wściekłości, wychodząc z niej z pamiątką w postaci wypalonej litery „P”, na lewym obojczyku. Wieczne przekleństwo i największa chlubna, jak to mawiali wielcy kapitanowie. Znak zdradzający powiązanie z piratami. Mały oddał mapę prawowitemu właścicielowi z odsetkami – od tamtej pory winien był mu posłuszeństwo.
To było zwycięstwo. Nie należało do grona piorunujących, ale bez wątpienia zaliczało się to tryumfów.
W przeciwieństwie do śmierci na stryczku.
    Surowy wyrok Gilberta Beilschmidta ma być przestrogą dla wszystkich korsarzy wrogim koronie brytyjskiej.

Nikt nie chce umierać na oczach chordy gapiów. Oni patrzą, śledzą każdy ruch, obserwują z nabożnym lękiem. Nawet Król wyczekuje jego śmierci, zamarłszy na swoim tronie. Największy Pirat ich czasów właśnie umiera. Lubił publikę, ale swoją śmierć zawsze widział jako… donioślejszą. Godną jego Niesamowitości. Wiecie, szerzący się wokół ogień, zaciekła walka za samym Davye Jonesem. Błysk stali, wystrzał dział, bitwa, którą zapamiętałyby miliony. Nic nie wskazuje by takowej dożył.
Starał się złapać oddech, a ludzie wokół nieruchomieli. Cisza była przytłaczająca, skrzypienie sznura tylko pogorszyło sprawę. Rzucił tłumowi wyzywające spojrzenie krwistych tęczówek, charcząc przez zaciśnięte zęby. Nie podda się, był gotowy zbluzgać kostuchę. Taka była jego natura, nawet w chwili spotkania ze śmiercią nie zamierzał się poddawać. Złożyć broń? W życiu. Grzecznie skapitulować, paść na kolana i łkać, błagając o przebaczenie? Pomyliłeś adres, u białowłosego osobnika nie dojrzysz ni krzty pokory. Wiesz ile on przeżył? Co zniósł w swoim niedługim życiu? Bywał w gorszych sytuacjach i z tego się wykaraska.
Wychodził bez szwanku z pijackich bójek, nawet jeśli to on je wywołał. Pływał po wodach, gdzie królowała sama Kalipso, zsyłając co chwila sztormy, burze i wichury. Gniew bogini? Przeżył, a arogancji i ciętego języka się nie oduczył. Atak Krakena? Stwór chlapał wodą na wszystkie strony gdy uciekał. A on nie zdążył się zmęczyć. Spotkanie z krwiożerczymi syrenami czyhającymi na dusze piratów? Dawno już swoją stracił, niepotrzebnie nań dybały. Spóźniły się o kilka pięknych lat. Kelpie? Żaden potwór z Loch Ness mu nie straszny. Trytony? Nigdy nie lubił tego całego sushi. Przeklęty skarb ze skrzyni umarlaka? Efekty specjalne w postaci conocnego makijażu na trupa mu nie pasowały. Luka Davyego Jonesa? Zwiedził ją jako gość honorowy, oprowadzony przez rzeszę umarlaków. Myślisz, że ile razy śmiał się śmierci w twarz? Dziesięć, piętnaście, dwadzieścia? Mało. Tysiąc? Kto wie. Potrafił stanąć w szranki z całą gwardią Króla, za kompana mając jedynie małe pisklę. Bezmyślność, chcesz powiedzieć. Mylisz się, a jednocześnie masz rację. On jest tylko pewny swego, świadom jak groźnym może być przeciwnikiem. Wyciągnąłeś broń? Świetnie, właśnie wpadłeś w jego grę. Nie wygrasz. Poniesiesz sromotną klęskę.
    Każdy człowiek podejrzany o konszachty z wyżej wymienionym niezwłocznie zawiśnie.

Sznur zaciskał się mocniej. Oddech grzązł w gardle, przed oczami stawała mgła. Ciało drżało w ostatnim wysiłku, a on sam wciąż drwił ze śmierci. Niech ludzie wokół patrzą, niech mają nadzieję, że świat stanie się niedługo lepszy. Krwiste tęczówki zniszczyły ich wiarę, zburzyły mur przekonań, obróciły w proch wartości, zapadły w pamięć, obiecując lata zemsty. Sondował tłum, już czując na ramionach zimne, kościste palce kostuchy. Duma do końca. I jeszcze dłużej.
Niespodziewanie wyłowił spośród tysięcy par oczu tą jedną dziwie znajomą. Intensywne spojrzenie zielonych tęczówek zdawało się być obojętne na jego powolną agonię. Jakby ich właściciel oglądał jedynie oklepany schemat, powtarzał jeszcze raz tą samą sztukę. Zdawał się jednocześnie czegoś wyczekiwać, może jakiegoś znaku danego z nieba. Ręki boskiej wyłaniającej się zza chmury by odmienić bieg wydarzeń. Nie doczekał się.
Widywali się w różnych sytuacjach. Nie pamiętał ich pierwszego spotkania. Tawerna? Tortuga? Abordaż? Nie. Odtwarzał w myślach każdą porażkę Arthura i dotychczas nie zdarzyły się im potyczki na otwartym morzu. Odgrażali się, pili na umór, rzucali wachlarzem złośliwości. Raz walczyli ramię w ramię, innym razem stawali po przeciwnych stronach. I zawsze szukali się na polu bitwy, by udowodnić, który jest lepszy. Rapier kontra szabla, noże przeciwko sztyletom, marszpikiel w odpowiedzi na kord. Zaklęci w śmiertelnym tańcu, zdani tylko na instynkt, wierni swoim zwinnym ruchom. Ostrze uderzające z niespodziewaną gorliwością, ciosy zabójczo precyzyjne, oczy lśniące zmęczeniem i ekscytacją. Ruchy zgrane, idealne, płynne. Wymach, pchnięcie, odskok, unik. Obrót i znów ich szable krzyżują się w ogniu. Kolejne uderzenie, metaliczny dźwięk wbijający się uporczywie w umysł. Remis.
Jedyna osoba, którą pokonał tylko w wojence podjazdowej. I vice versa. Acz i tak byłby lepszym kapitanem Queen Victoria's Revenge. Znani jako najwięksi – Pan i Władca. Pytanie tylko, który lepszy?
Jedynie raz zdarzyła się rzecz niezwykła. Jednemu podwinęła się noga, stopa ześlizgnęła się po belce. A za nimi ciemną noc gwałtem zdobywały buchające płomienie pochodni, Królewskiej Marynarce Wojennej nie spodobał się zatopiony statek. Dziwne, jemu taki widok przypadł do gustu. Dopóki się nie obejrzał, wszystko szło zgodnie z planem. Okręt na mieliźnie, lizany przez żarłoczne płomienie, pochłaniany przez dwa żywioły. Marynarze wściekli, nieprzytomni w swojej furii. A za zakrętem miała ich czekać bezpieczna szalupa, droga ucieczki. Zerknął przez ramię, jak zawsze chętny do podziwiania swojego dzieła. I zobaczył Arthura, klnącego aż miło, rozłożonego na belkach jak asceta gotowy na gniew Boski. Mógł go zostawić. Udawać, że nie zauważył. Pewnie miał złamaną kostkę, bo nikt nie zdołałby jej tak nienaturalnie wygiąć. A blondyn nie wyglądał na etatowego cyrkowca akrobatę. Krwiste oczy natrafiły na zacięte zielone spojrzenie. Zdrajca wołał jego wzrok, biczując pruski honor. Na horyzoncie majaczyła poświata ognia, okrzyki wznosiły się i opadały na wodzie.
...zostawiłby go. Porzucił na niełaskę jego własnych rodaków. Przejąłby statek, przyjmując tytuł Pana i Władcy Mórz. Ale on wiedział swoje – prawdziwie wygra z Arthurem tylko w uczciwej walce. A nie będzie miał ku niej okazji, gdy pozostawi go na środku pomostu.
Gdy chorda rozwścieczonych marynarzy przebiegła ich śladem, obaj zniknęli. Rozpłynęli się w ciemności, scalili z nocą, odpłynęli w nicość jak sen. Jakby nie istnieli. Nie było wdzięczności, gorących podziękowań, zapewnień wieczystej przyjaźni. To tylko dług. I niewyraźny błysk szacunku w zielonych ślepiach.
    Za Gilberta Beilschmidta, żywego lub martwego, Król poświadcza 250 funtów. Kara śmierci zostanie niezwłocznie wykonana w dniu jego schwytania.

Wiesz jak to jest, gdy od śmierci dzieli cię minuta, a wszyscy wokół tylko czekają na twoje ostatnie tchnienie? Wyobraź sobie pętla na swoim gardle, oślepiające słońce i uciekający w popłochu oddech z twoich ust. Poczuj jak serce wybija przyśpieszony rytm, jak ciało zrywa się zrozpaczone, próbując przetrwać. Uratować się za wszelką cenę. Zobacz zastygłe w oczekiwaniu twarze gapiów, poczuj przedsmak zapomnienia. Gdzieś wśród tłumu lawiruje kostucha, mściwa kochanka, gotowa zabrać się na tamtą stronę. Lecz wpierw nacieszy oczy, bo nie ma nic piękniejszego niż życie ulatujące z czerwonych, buńczucznych ślepi. Usłysz trzask, wyczuj proch. Strzał.
    Cała jego załoga, jako współwinna zbrodniom, które popełnił, również poszukiwana jest listem gończym. Wszystkich i każdego z osobna czeka kara śmierci.

Są takie chwile gdy czas zatrzymuje się w miejscu. To dosłownie ułamek sekundy, który trudno schwycić, a jeszcze trudniej przedłużyć. Wyciągniecie pistoletu, podsypanie panewki prochem i wycelowanie zajmuje mniej niż pół minuty. Wystrzał to migawka, ledwie mrugnięcie powieką. A dla niego wszystko to było wiecznością. Widział jak Arthur celuje weń bronią, jak koncentruje się na oddaniu perfekcyjnego strzału. I zaraz potem był świst, trzask i upadek. Wrzawa, panika, zamieszanie. Blondyn znikł nim on zdążył podnieść się z ziemi, łapiąc zachłannie oddech. Spodziewał się wszystkiego. Liczył na swoją załogę, wszak czarna bandera zobowiązuje. Ale nie przewidywał, że pomoże mu właśnie Anglik. Nie było wdzięczności, gorących podziękowań, zapewnień wieczystej przyjaźni. To tylko spłacony dług.
Czasu na świętowanie nie było. Spektakularne ucieczki doszlifował do perfekcji, należało je tylko zastosować. Aż się łezka w oku zakręca, na wspomnienie dumnego okrętu sunącego pośród ciemnych toni wody, pośród akompaniamentu wystrzeliwanych kul armatnich. Klasa jakiej brakło innym.
    Ktokolwiek pomaga Gilbertowi i jego podobnym, zostaje uznany wrogiem kraju Króla Wilhelma III.

Zdradzę ci sekret. Gdy ujrzysz czarną banderę, lepiej uciekaj.
Bo on nie zna litości, a przynajmniej nie okazuje jej za często. Słyszałeś kiedyś od piracie, który przeprosił za napaść i życzył dobrego dnia? Nie. On również. Jedyne czym może czym cię powitać to złośliwy uśmiech dumnego zwycięscy. Dobywasz broni? I dobrze, kord w jego dłoni rozniesie cię w pył nim wyprowadzisz pierwszy cios. Oczywiście, po abordażu zapewne zdołasz dopłynąć do pobliskiego portu. Opiszesz go? Namalowałbyś go z zamkniętymi oczami! Wzrost średni, chociaż jego duma i niezachwiana pewność siebie dodają mu kilka centymetrów. Wzrok rozżarzony, czujny, o niepokojącym blasku. Spojrzenie zwycięscy o krwistych tęczówkach. Usta wąskie, ale urzekające uśmiechem tryumfatora. Włosy białe, srebrne, rozwiane przez wiatr. Skóra blada, mleczna, naznaczona bliznami. Dłonie zwinne, obracające szablę z mistrzowską precyzją. Sylwetka gibka, a przez każdy ruch przemawiała władczość i determinacja. Do tego wewnętrzna arogancja i sięgające przestworzy ego. Wszystko sumowało się na niego. Władcę Mórz.
    Zgodnie z prawem, Gilbert Beilschmidt zawiśnie w pobliżu znaków wody. Potem zaś zostanie zdjęty z szubienicy, a jego ciało powieszą w łańcuchach.

Nie straszne mu sztormy, statki Królewskiej Marynarki Wojennej czy mityczne stwory Kalipso. Stawi czoła każdemu, kto tylko poważy się podnieść na jego wzrok. Kord od zawsze był mu najwierniejszym kompanem, podobnie jak osobliwa ptaszyna. Będzie pływał pod czarną banderą do końca swych dni. Nikt go nie ugłaska, nikt nie wytępi w nim pierwotnych instynktów pirata.
    I niech Bóg zlituje się nad jego duszą, bo korona brytyjska tego nie uczyni.



__________________
Garść wyjaśnień (czyli Rawr się wieczorami nudzi):
Concarde (z fran. Zgoda) - statek, który zasłynął jako okręt flagowy Czarnobrodego. Powszechnie znana "Zemsta Królowej Anny". Był to żaglowiec francuski, który Czarnobrody zdobył wraz ze swoim kompanem broni.
Carte del’ Isle le Jamaique - tytuł autentycznej mapy francuskiej. Opisywała ona sześć ukrytych skarbów pirackich. Do tej pory nie znaleziono trzech, o których wspomina. Za jej rozszyfrowanie zabrali się najtęższe umysły Cambridge.
Wilhelm III Orański (właściwie: Wilhelm Henryk Orański) - król Anglii, Szkocji, Francji i Irlandii między 1650 a 1702 rokiem. Znany z tępienia kaperstwa - jednocześnie zezwolił wąskiej grupie osób (np.William Kidd) na abordaż francuskich statków.
Tekst pochyły to mieszanka dwóch tłumaczeń - listu gończego rozesłanego za Czarnobrodym, jak i wyroku śmierci na Charlesie Vane.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
List gończy
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Pirate Hetalia :: 
 :: 
A r c h i w u m
 :: Stare Karty Postaci
-
Skocz do: