IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Tawerna

Go down 
AutorWiadomość
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Tawerna    Pon Cze 03, 2013 2:02 pm

Tawerna, jak każda inna, nie ma w niej nic specjalnego, jednakże niemal zawsze panuje w niej tłok- ma dobrą sławę ze względu na doskonałe położenie w samym środku portu. W razie czego osoba pijana może się dowlec na swój statek szybko i bez większych trudności. Odwiedzana przez same szemrane towarzystwo, nie jest to miejsce dla delikatnych, czy słabych. W środku stoją stoliki w najróżniejszych rozmiarach. Trzeba jednak uważać, gdzie się siada, bo niektóre krzesła mogą się rozsypać-za stare czy pozbawione nóg, różnie bywa. Oprócz tego jest tam jeszcze ogromny bar, przy którym uwija się paru ludzi gotowych, żeby zaserwować wysokoprocentowe trunki. Panuje tam taki gwar, że trudno usłyszeć własne myśli.
~
Decyzję podjął zupełnie spontanicznie, nagle, bez wstępnego przemyślenia tematu. Po prostu godzina była wczesna, a o on i tak nie miał już nic do roboty na statku. Patrzył tak na swojego młodszego brata, który bał się zagadać nawet do niego, nie mówiąc już o obcych ludziach… I miał ochotę coś z tym zrobić. Znał go już szmat czasu i nie łudził się już, że dorośnie, zmieni się sam z siebie.
-Chodź- rzucił po prostu, nie siłując się na wyjaśnienia gdzie i dlaczego. Zamierzał mu ich oczywiście udzielić. O ile Javier by zapytał.
Jose doszedł do wniosku, że statek, na którym młody mógłby niby nabrać męskości i krzepy, nic szczególnego nie dawał, więc postanowił zmienić środowisko. Wybrał tawernę. Miejsce, gdzie kłębiły się same podejrzane typy, piraci z najróżniejszych załóg i stron. Miejsce pełne pijaków, latających stołów i bijatyk. Miejsce, do którego nigdy z własnej woli nie chodził, bo napawało go one pewnego rodzaju obrzydzeniem.
Może powinien był wysłać do tego celu kogoś innego. Z pewnością znaleźliby się odpowiedniejsi kandydaci, którzy do tawerny przeszliby się z radością i ochotą. W sumie pewnie każdy by się na to pisał. Tylko czy mógł ufać komukolwiek, że przypilnowałby Moaia i upewniłby się, że nic mu wielkiego nie groziło? Nie, z pewnością nie.
Czasami się zastanawiał, po co w ogóle to robił. Przeklęty instynkt starszego brata, który nakłaniał go do robienia różnych głupich, bezsensownych rzeczy.
Szedł przez port szybkim, pewnym krokiem, kulejąc jednak na jedną nogę. Lewą, jak zwykle. Głupia rana za nic nie chciała się wreszcie zagoić i nadal sprawiała mu ból. Co jakiś czas oglądał się na swojego towarzysza, sprawdzając, czy ten na pewno za nim podążał. I czy przypadkiem nie chciał czegoś powiedzieć, ale nie mógł tego z siebie wydusić i trzeba by go o to zapytać. Palcami u jednej dłoni niemal ciągle przejeżdżał po rękojeści swojego kordelasa. Nerwowy gest, nawyk, który wykształcił się u niego w ostatnim czasie.
Wreszcie stanął przed swoim celem. Jego twarz wykrzywiła się w obrzydzeniu, tak jakby ktoś podsunął mu pod nos zgniłą, psującą się rybę… Chociaż nie, ten zapach akurat wdychał na co dzień, cały jego świat był nim przesiąknięty. Woń, która wydobywała się zza drzwi tawerny, była trochę inna, ale równie nieprzyjemna. Alkohol wymieszany z jakimś ziołami i ludzkim potem.
-Witaj w piekle- rzucił w miarę głośno, bo inaczej Javier mógłby go nie usłyszeć. Cholerny gwar- Wejdźmy do środka.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wyspa Wielkanocna

avatar

Orientacja : ಠ_ಠ
Ekwipunek : Rapier, pistolet skałkowy, kord.
Wątki i powiązania : DEMONICZNI BRACIA RODRIGUEZ
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Moneyy, poweeer, gloryyy~!
User : Punk. (Chilijski. :c)
Liczba postów : 91
Join date : 03/03/2013
Skąd : Hanga Roa

PisanieTemat: Re: Tawerna    Pon Cze 03, 2013 4:12 pm

Cały poranek spędził przy żaglach, ciesząc oczy słońcem, którego promienie igrały na grzbietach fal. Nie miał lęku wysokości, więc ze wspinaczką na maszty nie miał większych problemów. Dużo większe miałby na pewno z zostaniem na dole, wśród ludzi. Chociaż wciąż się starał - dla siebie, dla brata - nadal nie mógł sobie z niektórymi rzeczami poradzić. Po prostu były zakodowane w nim gdzieś bardzo głęboko i nie mógł się ich tak zwyczajnie pozbyć. Gdyby to było takie łatwe, zapewne już dawno by to zrobił. Irracjonalny lęk to nie jest coś, z czym się żyje jakoś szczególnie przyjemnie.
Zwłaszcza, kiedy to lęk przed ludźmi, z którymi się przebywa dwadzieścia cztery godziny na dobę, siedem dni w tygodniu, na jednym statku. Świetnie.
Teraz jednak Javier nie miał zbyt wiele rzeczy do roboty, zwłaszcza, że żagle były zwinięte, a statek zakotwiczony w porcie. Niechętnie zszedł na pokład i usiadł, opierając się o maszt i bawiąc się kawałkiem liny. W zasadzie to nie wiedział, co będzie robił przez cały dzień. Inni jakoś zawsze znajdywali sobie towarzystwo, on nie do końca, nie chciał jednak, by ktoś się nim zajmował z litości. Zresztą coś mu mówiło, że tak jest bezpieczniej. Mimo że był wątłej postury, chorobliwie chudy i bardzo nieśmiały, to kanibalskie instynkty, które się w nim czasem niespodziewanie budziły... cóż, nie należały do najprzyjemniejszych. Przynajmniej dla ludzi, którzy akurat mieli pecha znaleźć się w pobliżu.
Jego rozmyślania przerwał jednak dobrze mu znany głos jego starszego brata.
Chodź? To się skończy... źle.
Odrobinę go zatkało. Zwykle Jose nie zabierał go nigdzie, zresztą nie miałby go gdzie zabrać. Teraz jednak stał przed nim i wyraźnie chciał, żeby Moai z nim poszedł.
Chłopak posłusznie wstał i ruszył za starszym bratem, czując, jak trzęsą mu się ręce.
Uspokój się, jeszcze nic się nie stało.
Odetchnął głęboko, rzeczywiście starając się nie panikować. Ale gdzie Jose mógł go zabrać? Znając jego, mogło to być... właśnie. Zupełnie nie przewidywał, gdzie mogli iść. Zdawało mu się, że zna trochę Jose, ale widocznie nie na tyle, by odgadnąć jego zamiary. Zresztą Chilijczyk zawsze był taki nieprzenikniony, albo przynajmniej tak mu się wydawało. Spod maski tej jego oschłości i zdystansowania czasami wychodziły jednak jakieś uczucia, jakkolwiek nie próbowałby ich ukryć.
Gdy przeszli przez pokład, zrozumiał, gdzie idą. Schodzą ze statku.
Spanikował odrobinę, ale nie na tyle, żeby odwrócić się i uciec z krzykiem. Jeszcze nie.
Niepewnie szedł za swoim bratem. Gdy weszli do portu, było jeszcze gorzej. Dziesiątki ludzi, hałas, jakieś typy spod ciemnej gwiazdy. Javier nie mógł oczekiwać od nich, że będą chodzili ostrożnie, ale miał na to wielką nadzieję. Którą zresztą szybko zamordowało zderzenie z rzeczywistością.
Ludzie spieszyli się, rozpychali, w ogóle nie zwracali uwagi na nikogo, a już w szczególności na jasnowłosego stracha na wróble, który jakimś cudem znalazł się w miejscu, w którym nie powinien. Został potrącony kilka razy przez ludzi większych od niego o co najmniej dwa razy, zanim uznał, że nie może być taką sierotą, jeśli chce dożyć celu podróży. Chociaż, swoją drogą nie wiedział, czy chce tego dożyć.
Szedł przez port za bratem, notując w pamięci, że Jose nadal kuleje na lewą nogę. Jego uwagę zwróciło też to, że Chilijczyk ciągle bawił się swoim kordelasem. Czyżby szli w jakieś niebezpieczne miejsce, gdzie broń będzie potrzebna? Javier nerwowo sprawdził, czy jego garłacz wciąż jest na swoim miejscu. Był, ale chłopak zaczął się zastanawiać, czy będzie potrafił go użyć w razie potrzeby. Miał nadzieję, że tak.
Nagle Jose zatrzymał się, co zapewne sygnalizowało koniec ich krótkiej wycieczki. Javier, pełen najgorszych przeczuć, podniósł wzrok do góry. Tawerna. Chociaż Chilijczyk zaanonsował ją jako piekło. Co w sumie chyba było bliskie prawdy, biorąc pod uwagę dźwięki dochodzące ze środka. I oni jeszcze mieli tam wejść? Nie wystarczyło, że stali przed? Javier nagle zapragnął uciec z powrotem na statek, byle dalej od tego miejsca. Budynek pełen pijanych, napakowanych facetów? Wprost cudownie.
Stał jeszcze przez chwilę, niezdecydowany. Nie pasował do tego miejsca, zupełnie. W jednej chwili przyszło mu do głowy tysiąc innych rzeczy, które mogliby robić w tej chwili, z dala od tawerny. Postanowił jednak pójść za ciosem, skoro już wykonał pierwszy krok, to mógł wykonać i drugi. Pełen najgorszych przeczuć wszedł za bratem do środka, modląc się w duchu, żeby nie miał czego żałować przez taką lekkomyślną decyzję.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Tawerna    Pon Cze 03, 2013 6:18 pm

Trochę zdziwiło go to, że Javier tak po prostu za nim poszedł. Oczywiście, zazwyczaj słuchał się go bez szemrania, ale i tak… Czemu nie zadał żadnego pytania, które w innej sytuacji zapewne mocno by go zirytowało, ale w tamtym momencie było jak najbardziej wskazane i wręcz nasuwało się na język?
Chyba znał odpowiedź.
Wziął jeszcze jeden głęboki wdech, żeby nabrać jak najwięcej świeżego powietrza. Znaczy, było ono świeże jedynie w porównaniu do tego znajdującego się w środku tawerny. Jednakże to i tak było coś. Coś potrzebnego, żeby na pewno nie udusić się we wnętrzu. A żeby odetchnąć tak naprawdę dobrze, trzeba było wypłynąć daleko w morze, a to była perspektywa na daleką przyszłość, której nie było co rozpatrywać. Z każdym dniem malała cumowania w porcie malała i powoli znikała.
Pchnął drzwi zdecydowanym gestem. Taki właśnie musiał się wydawać. Pełen pewności siebie, z podniesioną głową. Może chudy jak patyk, może młody- ale z oczami wypełnionymi ogniem, zniechęcających potencjalnych napastników do przypuszczenia na niego ataku. Na czym większą ofiarę wyglądał, tym bardziej zwiększało się prawdopodobieństwo, że nie zostawią go w spokoju, że z pośród ogromnego tłumu wybiorą właśnie jego, zaatakują, przyprą do ściany, rozszarpią. A on, jak zając zapędzony przez myśliwskie psy w kozi róg, będzie się tylko trząsł, czekając na swój koniec. Nie zrobi nic, żeby się obronić.
Czy nie lepiej było być w takim razie wilkiem? Co prawda takowemu wilkowi również groziło niebezpieczeństwo ze strony psów- nienawidziły go równie bardzo jak nienawidziły zające- ale wilk był dziki, wilk broniłby się, próbowałby uciec, może zabiłby jednego z napastników. I nawet gdyby ostatecznie przegrał, byłaby przynajmniej śmierć z jakimś sensem, nie straciłby przy tym honoru.
Javier niestety nie wyglądał i nie zachowywał się jak wilk. Był bardziej jak ten zając. Jose naprawdę musiał na niego uważać.
Zwłaszcza, że już po postawieniu jednego kroku przez próg tawerny można się było zorientować, że była ona wypełniona najpaskudniejszymi typami, jakie można było w porcie znaleźć. Wysokie osiłki. Mężczyźni nieco mniej masywnej postury o twarzach łotrów i złodziei. Jakieś kobiety, których profesji łatwo można się było domyśleć. Hałas, zgiełk, pijacki śmiech i przyśpiewki.
Człowiekowi robiło się niedobrze od samego widoku, o zapachu już nie wspominając.
-Pilnuj się- polecił jeszcze Javierowi. Bycie bosmanem chyba mocno na niego wpłynęło. Ostatnio wszystko, co wychodziło z jego ust to były rozkazy, często bardzo oszczędne w słowach. Ruszył do przodu. W niektórych momentach musiał się przepychać, tyle było tam ludzi. Co chwila też odwracał się w stronę swojego brata, żeby upewnić się, czy ten aby na pewno sobie radzi.
Na razie na szczęście nikt nie zwracał na nich uwagi; psy gończe nie zwietrzyły jeszcze tropu.
Wreszcie dotarł aż do samego baru. Od razu rzuciło mu się w oczy, że blat jest porysowany i brudny. Czy tamta plama po lewej to nie była zaschnięta krew?
Chociaż osobiście nie miał najmniejszej ochoty tam przebywać, ale już widział, że to było dobre miejsce na życiową lekcję.
-Rumu- rzucił w kierunku barmana i po krótkim czasie postawiony przed nim został trunek w naczyniu, któremu daleko było od czystości. Kto wie, kto z niego wcześniej pił. I ciekawe co. Chociaż z drugiej strony może lepiej było nie wiedzieć? Dla własnego dobra. Skrzywił się niechętnie, ale podał człowiekowi jedną monetę. Ten od razu chyba stracił zainteresowanie, bo odszedł, zapewne obsługiwać innych klientów.
Jose stał, chwytając swój kufel i skinął na Javiera.
-Bardziej ustronne miejsce będzie chyba lepsze- rzucił, starając się, żeby tym razem nie zabrzmiało to jak polecenie. Przepchnął się do jakiegoś wolnego stolika stojącego z boku, na ich szczęście przy oknie. Rozejrzał się za jakimś wolnym, w miarę czystym i porządnym krześle. Nie było niczego perfekcyjnego, ale nic w końcu nie jest doskonałe, prawda? Zadowolił się więc nim. Odstawił nietknięty jeszcze trunek na blat i zerknął na swojego brata.
- Tawerna jest świetna, o ile szukasz informacji- powiedział, zakładając, że nikt już ich więcej nie słyszał, a nawet jeśli, to nie zwracał na nich uwagi. Nie zdradził, że ten akurat pomysł podsunął mu Martin. Sam zapewne nie pomyślałby o tym jako o miejscu, w którym można było zacząć chociażby poszukiwania. A jednak.- Więc trzeba uważać na słowa. Jak również na sakiewkę.
Uniósł naczynie do ust i upił małego łyka, mając nadzieję, że wysokoprocentowy alkohol zabije wszelkiego rodzaju bakterie.
-Piłeś już kiedyś rum?- spytał w końcu, chociaż na to pytanie akurat odpowiedź znał. Tak. I od razu się upił. To też było coś, czego trzeba się było nauczyć.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wyspa Wielkanocna

avatar

Orientacja : ಠ_ಠ
Ekwipunek : Rapier, pistolet skałkowy, kord.
Wątki i powiązania : DEMONICZNI BRACIA RODRIGUEZ
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Moneyy, poweeer, gloryyy~!
User : Punk. (Chilijski. :c)
Liczba postów : 91
Join date : 03/03/2013
Skąd : Hanga Roa

PisanieTemat: Re: Tawerna    Pon Cze 03, 2013 9:12 pm

Chilijczyk wszystko co robił, robił z taką pewnością siebie, że można byłoby pomyśleć, że robi to od urodzenia. Nawet, jeśli wziąć takie głupie wchodzenie do tawerny. Pchnął te drzwi i wszedł do środka w taki sposób, jakby robił to codziennie. Jakby od pierwszego dnia narodzin nie robił nic innego, tylko wchodził do tawerny.
Javier musiał się uśmiechnąć na tę idiotyczną myśl, ale nie mógł, zbyt sparaliżowany tym, z czym się zderzył, wchodząc do środka za bratem. A zderzył się z tłumem najgorszych szumowin, na jakie można się było natknąć. Naprawdę w tamtej chwili nie potrafił wyobrazić sobie, co też – czy kogo też – mógł spotkać gorszego w jakimś ciemnym, portowym zaułku. Goście tawerny wyglądali jak galeria typów spod ciemnej gwiazdy, jak jakaś cudaczna wystawa wybryków natury, albo jak jakiś niezwykle głośny konkurs pod tytułem „ilu napakowanych drabów może się zmieścić przy jednym stoliku, żeby jeszcze byli w stanie się kłócić, wymachiwać kuflami i wyklinać, na czym świat stoi”. Nie był pewien, czy chce brać udział w takim konkursie. To znaczy był pewien, że nie chce. Ale skoro Jose tu przyszedł, musiał mieć w tym jakiś cel. Bo raczej dla rozrywki tu nie przyszedł. Chyba, że był jakimś ukrytym masochistą.
Zemdliło go od natłoku dźwięków i zapachów, niekoniecznie przyjemnych, a tak szczerze mówiąc to zupełnie paskudnych. Nie chciał wiedzieć, co robił właściciel na zapleczu i skąd się bierze jedzenie, które serwowali na talerzach tak brudnych, że równie dobrze można było jeść je z podłogi. Znaczy jedzenie, nie talerze, żeby była jasność. Chociaż sądząc po tępych twarzach niektórych osiłków, mogliby zjeść i talerz, jeśli tylko dodać do niego rum w gratisie.
Naprawdę miał ochotę uciec, gdy jakiejś bandzie pijaków zebrało się na melancholijne przyśpiewki. Melancholijne znaczyło w tym przypadku takie, które przypominają zawodzenie kota, w którego ktoś rzucił butem. Akompaniowali sobie uderzeniami kufli o stół, chociaż i tak każdy uderzał tak, jak chciał, przez co zamiast w miarę jednostajnego rytmu wyszedł jeden wielki jazgot. Moai zaczynał podejrzewać, że to normalne w takich miejscach jak to.
Ledwo usłyszał rozkaz Jose. Kazał mu się pilnować. Jakby Javier nie robił tego od samego momentu wyjścia ze statku. W zasadzie nie robił nic innego, tylko nieustannie się pilnował. Za bardzo przypominał bezbronną dziewczynkę, żeby wchodzić do miejsc takich jak to bez pilnowania się.
Dopchali się do baru, przepychając się przez całe masy ludzkie, które nie wiedzieć czemu musiały sobie stanąć akurat na ich drodze. Jakby naprawdę nie było innych miejsc do wykłócania się o pieniądze albo wyzywania swoich matek. To znaczy nie swoich, tylko osoby, z którą się kłóciło, ale to chyba logiczne.
A więc Jose postanowił zaryzykować swoje życie i zamówić coś w tym niemożliwie okropnym miejscu. Rum. Javier zastanawiał się, co by się stało, gdyby jego brat zamówił mleko. Albo wodę. Albo coś równie nieszkodliwego. Zresztą, chyba wszystko stawało się szkodliwe w takich miejscach, jak to. Zwłaszcza w tak brudnych kuflach, jak tu. Moai naprawdę nie rozumiał, jak miejsca takie jak to mogą istnieć. Czemu w ogóle ktoś tu przychodził, skoro było tak tragicznie?
Znów musieli się przepychać. Tego nienawidził chyba najbardziej. Patrzeć na tych ludzi, to jedno. Ale dotykać ich? To już było zupełnie ohydne. Zastanawiał się, ile nowych chorób i bakterii złapał przez samo przejście z jednego końca sali na drugi. Zadrżał na samą myśl i postanowił, że później musi iść popływać. Koniecznie. I w ogóle nie wychodzić z wody.
Zajęli jakieś wolne miejsce przy stoliku. Krzesło Javiera dziwnie się chybotało, ale już nie miał siły szukać innego. Przysiadł na brzegu i modlił się w duchu, żeby nagle nie roztrzaskało się w drzazgi. Jeszcze by mu kazali płacić, chociaż pewnie to krzesło skądś ukradli. Sądząc po stanie, z ruin jakiegoś domu po przejściu huraganu albo tsunami. Czy czegoś w tym stylu. W każdym razie stół nie był w lepszym stanie, w ogóle nic nie było tu w lepszym stanie, więc postanowił niczego nie dotykać, żeby się jeszcze bardziej nie zarazić. Chociaż uznał, że po paru sekundach przebywania w tej tawernie już prawdopodobnie na coś zachorował, więc w sumie nie ma się czym martwić.
Na szczęście usiedli przy oknie. Zgadywał to po podartych zasłonkach, bo szyba była tak brudna, że z powodzeniem mogła robić za ścianę. Szarpnął za rączkę, obawiając się, by czegoś nie zepsuć. Wreszcie okno ustąpiło i łaskawie się rozchyliło, wpuszczając do środka odrobinę w miarę świeżego powietrza. Istne błogosławieństwo. Zastanawiał się, po co tu w ogóle weszli, skoro mogli zostać na zewnątrz. Po głębszym namyśle nadal obstawiał teorię, że Jose to ukryty masochista. Raczej nie było innej opcji.
- Informacji? – mruknął, lekko zdziwiony. – Przecież tu się nie da nic usłyszeć.
Zanotował w pamięci informację o sakiewce, chociaż po chwili stwierdził, że on w zasadzie chyba nawet nie posiada czegoś takiego, jak sakiewka. Więc nie musiał się martwić jej pilnowaniem, co bardzo mu odpowiadało. Był już wystarczająco zmartwiony innymi rzeczami. Na przykład tym wielkim facetem, który posyłał mu dziwne uśmiechy z drugiego końca sali. Postanowił zbytnio się nie rozglądać, a najlepiej patrzeć tylko na Jose, lepiej było nie widzieć, co też się tam działo w tej tawernie, którą jego brat nazwał słusznie piekłem.
- Piłem – kiwnął głową i zaczerwienił się mimowolnie, chociaż bardzo tego nie chciał. Nie z powodu, że było mu głupio czy coś, o nie. Po prostu przypomniał sobie wtedy coś, co powiedział mu Jose. Bardzo Wielką Tajemnicę Jose, jak lubił to nazywać w myślach. Chociaż to nie była aż taka tajemnica, skoro sam się domyślił. Był pewien, że inni też się domyślają. No, ale może rzeczywiście czasami lepiej nie nazywać rzeczy po imieniu i zostawiać je takimi, jakie są. Zresztą nie miał zamiaru nic robić ze swoją wiedzą, nikomu mówić czy coś w tym stylu. Uznał, że zrobią, co będą chcieli, a jemu naprawdę nic do tego i nie może się mieszać w nie swoje sprawy, dopóki ktoś tego nie zechce. A Jose chyba nie chciał, żeby Javier mieszał się w cokolwiek. Zwłaszcza w jego relacje z pewnym jasnowłosym Argentyńczykiem.
Javier nie mógł powstrzymać uśmiechu na samą myśl o tamtym wieczorze, kiedy Jose zrobił się nagle szczery. Czyli wystarczyło się upić, żeby coś z niego wyciągnąć?
Na to wyglądało. Co oznaczało, że musiał się przyzwyczaić do bycia pijanym.

//Chili, mój "autorytecie w sprawie pisania", ten post jest z dedykacją dla ciebie! |D
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Tawerna    Wto Cze 04, 2013 4:11 pm

Decyzja o otwarciu okna była jak najbardziej trafna i Jose aż zdziwił się, że sam na to nie wpadł. Chociaż nadzieje, że atmosfera ulegnie zmianie na dobre, legły w gruzach, gdy zdał sobie sprawę, że poprawiło to sytuacje jedynie minimalnie, prawie że niezauważalnie. Powietrze nadal było przesiąknięte tym smrodem, nad którego pochodzeniem lepiej było się nie zastanawiać. Co dziwne, a może całkiem do przewidzenia, nie było słychać zupełnie normalnego gwaru płynącego z portu, nie mówiąc już o takich dźwiękach jak skrzeczenie mew czy odgłosy fal rozbijających się o nabrzeże. A może już po prostu ogłuchł.
Dalej nie mógł zrozumieć, dlaczego Javier nie zapytał jeszcze o powód ich odwiedzin w takim miejscu, zwłaszcza, że Chilijczyk nie wydawał się być zachwycony faktem, że byli w środku. Nie zamierzał jednak niczego tłumaczyć, no chyba, że młodszy chłopak by o wyjaśnienia poprosił. A jeszcze lepiej ich zażądał. Ale to były chyba tylko marzenia. Kolejny mały paradoks w jego życiu, które, nawiasem, były zapełnione takowymi. Zapewne gdyby jego brat był pewnym siebie, dumnym dzieciakiem, któremu gęba by się nie zamykała, również nie byłby zadowolony.
I tak źle, i tak niedobrze. Żądał ideału, którego osiągnięcie było po prostu niemożliwe. Poza tym, sam też nie był święty, a lista jego wad była bardzo, bardzo długa.
Na jego pomruk skinął krótko głową, z pewnego rodzaju zrozumieniem. Jego reakcja i nastawienie było podobne, gdy po raz pierwszy usłyszał, że tawerna była dobrym miejscem zdobywania informacji. Zwłaszcza, że takowy pomysł podsunęła mu osoba, do której słów zawsze niemal podchodził bardzo sceptycznie i niechętnie. Jednakże przy dłuższym zastanowieniu musiał przyznać, że była to po prostu sama prawda. Dla niego niestety, bo nienawidził miejsc tego typu. Czy w ogóle nadawał się na pirata? Czasami miał pewne wątpliwości, chociaż nigdzie nie czuł się tak dobrze jak na pokładzie statku pod czarną banderą.
-Ano właśnie informacji. Jeśli się wsłuchasz, usłyszysz bardzo dużo. Zwłaszcza, że wydaje się im, że jest na tyle głośno, że mogą mówić wszystko- odparł w miarę spokojnym tonem. Chociaż zdawał sobie sprawę, że ktoś mógł w tamtej chwili spijać każde słowo z jego warg, podsłuchiwać z jakąś złą intencją. Co prawda nie miał pojęcia po co komu mogłyby się przydać informacje o jego zdaniu na ten temat, ale niektórzy ludzie byli naprawdę pomysłowi i potrafili wykorzystać nawet coś, co wydawało się tylko nieistotnym szczegółem.
Nie żeby się przejmował. Nie to było w tamtym momencie ich największym zagrożeniem. Piekło to było bardzo trafne określenie miejsca, w którym się znaleźli. Zwłaszcza, że można było się spodziewać, że zdarzy się dosłownie wszystko. Nawet rzeczy pozornie mało prawdopodobne czy głupie.
-Poza tym, alkohol bardzo często rozwija języki. Czasami wystarczy przysiąść się, postawić rum, pogadać chwilę i spytać o informację, której się potrzebuje- ciągnął po krótkiej przerwie. Tak, już widział siebie czy Javiera robiącego coś takiego. Jego brat za bardzo bał się ludzi, żeby mógł po prostu obok kogoś nieznajomego usiąść. Tymczasem on nie miałby akurat z tym problemu, gorzej byłoby jednak z nawiązaniem przyjaznej konwersacji. Chilijczyk był człowiekiem o dość specyficznym charakterze, to nie był ktoś, kto wzbudzałby szczególne zaufanie. Bardzo wielu osobom przeszkadzała jego postawa, podejście. Poza tym, nigdy nie był duszą towarzyską i po prostu… Nie umiał nią być. I nie umiał się nauczyć.- Ewentualnie można komuś za takowe informacje zapłacić. Przy odrobinie szczęścia i wprawy, cudzym kosztem.
Niedbałym gestem sięgnął do kieszeni koszuli i wyciągnął z niej sakiewkę, która definitywnie nie była jego własnością. Po prostu podczas przeciskania się przez tłum, przyuważył człowieka, który trzymał pieniądze w tak widocznym miejscu, że aż zapraszało to do skorzystania. Sam się prosił, żeby ktoś go w końcu ukradł, zwłaszcza, że był chyba ślepy i cholernie nieostrożny.
Nie było to moralne, fakt. Ale moralność była czymś zupełnie niepożądanym w życiu pirata. Parę lat temu gdy był dzieckiem, może i miałby pewne wyrzuty sumienia związane z tym, że ukradł, jednak w tamtej chwili zupełnie go to nie ruszało. Prawdy o sumieniu wkute przez Antonia ustępowały miejscu prawdom, które wyuczyło go życie. Poza tym robił już znacznie gorsze rzeczy. Na swoich rękach miał krew.
Gdyby był człowiekiem prawym i uczciwym, życie, które prowadził mogłoby po prostu zniszczyć. Zburzyć światopogląd. Złamać kręgosłup. Pozbawić ideałów. Dlatego to nie było miejsce dla takich ludzi. Żeby przeżyć następny dzień, ba, dożyć to końca obecnego, nie można było mieć wyrzutów sumienia. Ale to nie było coś, czym trzeba było się przejmować. Nawet jeśli na początku się je miało, zanik ich przychodził z czasem, nawet nie trzeba było się szczególnie starać. Jednego dnia były, drugiego dnia- pozostawały już tylko dalekim wspomnieniem. I można było odetchnąć z ulgą, bo życie bez nic od razu stawało się znacznie prostsze.
-Chcesz?- spytał po prostu, mając na myśli rum. Co prawda uważał pijactwo za bardzo niekorzystny nałóg, ale zdawał sobie sprawę, że było niemalże niemożliwe, żeby jakikolwiek dorosły mężczyzna nie lubił sobie od czasu do czasu popić. Sam również przecież sięgał po trunki, chociaż rzadziej niż to robili niektórzy... Taki Martin na przykład. Skrzywił się niechętnie. Ostatnio każde działanie, każda czynność, każde słowo i każda myśl prowadziła ostatecznie do tego Argentyńczyka. Martin, Martin, Martin. Jak problematycznie. Trzeba było z tym skończyć.
W każdym razie zadecydował, że lepiej, żeby Javier przyzwyczaił się najpierw do rumu przy kimś, kto mógłby go trochę przypilnować, nie tak, jak to było za pierwszym razem, gdy po prostu się upił.
Może zaczynał trochę z tym przesadzać.
A może wynikało to częściowo z osobistych pobudek. Po prostu pytania, które zadał mu chłopak w stanie nietrzeźwości nie były dla niego zbyt komfortowe i wygodne.
Nie zauważył rumieńca na policzkach swojego towarzysza, bo wzrokiem nie był przy nim, wędrował po otoczeniu. Gdy spotykał się z czyimś spojrzeniem, wytrzymywał je i nigdy prawie nie był tym, który pierwszy spuścił oczy. Jednocześnie pilnował się również, żeby nie patrzeć na nikogo zbyt wyzywająco. Chciał ich przestrzec, przekazać, żeby nawet nie myśleli o ataku, a nie sprowokować do niego. Oczywiście niektórym dla poczynienia agresywnych posunięć wystarczyłby fakt, że, chociażby, jego włosy były brązowe.
Najwyraźniej jednak jego taktyka działała, bo nikt jeszcze nie spróbował roztrzaskać mu głowy.
//... Że niby ja? "Autorytet w sprawie pisania"? No chyba raczej nie |D
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wyspa Wielkanocna

avatar

Orientacja : ಠ_ಠ
Ekwipunek : Rapier, pistolet skałkowy, kord.
Wątki i powiązania : DEMONICZNI BRACIA RODRIGUEZ
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Moneyy, poweeer, gloryyy~!
User : Punk. (Chilijski. :c)
Liczba postów : 91
Join date : 03/03/2013
Skąd : Hanga Roa

PisanieTemat: Re: Tawerna    Czw Cze 06, 2013 12:01 pm

Po paru minutach przebywania w tym miejscu nasunęła mu się myśl, że wejście do tej tawerny jest jak zanurzenie się w bardzo, bardzo brudnym zbiorniku wodnym, porośniętym wodorostami, o grząskim, mulistym dnie. Wiedział, co trzeba robić w takich sytuacjach – wynurzyć się jak najszybciej i nabrać powietrza. A że przyszedł tutaj ze swoim bratem, który zdawał się wiedzieć, co robi, nie mógł tak zwyczajnie uciec.
Postanowił więc przyjąć inną taktykę i spróbować przeżyć. W tym celu nachylił się do brudnego okna i otworzył je jeszcze szerzej, najszerzej, jak mógł, i pozostał w takiej lekko wykrzywionej pozycji, starając się oddychać tym w miarę czystym, portowym powietrzem. Było odrobinę lepsze niż to wewnątrz tawerny, chociaż nadal nieporównywalne z tym morskim, do którego zaczął nagle bardzo tęsknić. Zadziwiające, jak wielu rzeczy się nie dostrzega, dopóki nie zacznie ich brakować.
Wysłuchał uważnie wykładu Jose na temat zdobywania informacji i musiał przyznać, że chyba nigdy nie słyszał tylu słów na raz wydobywających się z ust starszego brata. Nie, żeby mu to przeszkadzało, po prostu był lekko zdziwiony. Jose sam z siebie nigdy tyle nie mówił, przynajmniej nie do niego. Widocznie małomówność była u nich rodzinna.
Trochę ośmieliło to Javiera, no bo skoro mrukliwy Jose mógł powiedzieć tyle rzeczy na raz sam z siebie, to znaczyło, że on też mógł. Chociaż może Chilijczyk był po prostu znudzony albo samotny bardziej niż zwykle i potrzebował rozmowy z kimkolwiek, a padło akurat na Javiera, który wysłuchałby z dziecięcą naiwnością wszystkiego, co mu ktoś wciśnie? Nie, Moai chciał wierzyć, że Jose poświęcał mu swój czas z innego powodu. Może wreszcie przyzwyczaił się do obecności cudem odnalezionego braciszka i chciał z nim trochę pobyć?
W zasadzie to Javier nadal nie miał pojęcia, po co tu przyszli. Postanowił zapytać przy najbliższej okazji.
- Ci ludzie nie wyglądają, jakby wiedzieli specjalnie dużo – wtrącił nieśmiało, będąc niemal pewnym, że zaraz okaże się zupełnie odwrotnie. Przyszło mu do głowy, że może to tylko pozory, i że ci śpiewający bzdurne piosenki idioci z drugiego końca sali tak naprawdę są tajnymi agentami… kogoś. W zasadzie to nie miał pojęcia, kto mógł być na tyle wpływowy, żeby posiadać własnych agentów. Za krótko jeszcze przebywał w świecie teoretycznie normalnych ludzi, żeby się orientować w polityce. Zresztą, żeby wynająć takich typów chyba nie trzeba było aż tak dużo pieniędzy.
Jak na zawołanie, Jose wyciągnął z kieszeni koszuli sakiewkę z brzęczącymi monetami. Przez chwilę Javier patrzył na nią zaskoczony.
- Ukradłeś to? – zapytał. Po chwili z jego twarzy zniknęło zdziwienie. – No tak, w końcu jesteś piratem.
Wciąż nie mógł się przyzwyczaić do niektórych rzeczy. Na przykład czasami nie odróżniał, co właściwie było moralne, a co nie. Na jego wyspie w ogóle nie było takiego pojęcia jak moralność, było tylko przetrwanie. Mimo że zupełnie na to nie wyglądał, akceptował większość rzeczy, które w ludziach budziły odrazę albo wyrzuty sumienia. Taka chociażby zwyczajna kradzież była więc dla niego na porządku dziennym, mimo że czasem dziwił się, że inni ludzie też kradną.
Można z całą pewnością powiedzieć, że Javier był odrobinę spaczony przez to swoje dzikie dzieciństwo, ale na statku pirackim nie było w tym nic a nic nadzwyczajnego, wszyscy byli lekko szurnięci. Może dlatego czuł się tam lepiej niż wśród normalnych ludzi. Nie mógłby się przyzwyczaić do zupełnie zwykłego życia.
Z tym, że niektóre granice „normalności” były przesunięte w jego przypadku nieco dalej niż u innych. Z tego, co zdążył się zorientować, nawet wśród piratów jedzenie ludzi nie było zbytnio normalne.
Wydawało mu się, że już się od tego odzwyczaił, to był przecież tylko epizod w jego życiu, wprawdzie całkiem długi, ale zawsze. Pomagało też to, że chyba mało kto wiedział o jego dziwacznych kanibalskich skłonnościach, nie musiał więc mierzyć się z opinią ludzi na ten temat. Jose wiedział i to mu wystarczyło. Javier wiedział, że Chilijczyk w razie czego powstrzyma go przed zrobieniem czegoś, czego potem by żałował.
Z ponurych rozmyślań wyrwał go głos brata. Javier nie wiedział, czy chce, nie był pewny, zresztą nie lubił podejmować decyzji, nawet tak banalnych. I naprawdę nie miał pojęcia, czy chce brać cokolwiek do ust w takim miejscu, jak to. Ostatecznie wzruszył więc ramionami, zdając się na Jose.
Chilijczyk toczył po obecnych chłodnym wzrokiem. Czyżby ich prowokował? Nie, Jose nie był taki. Chociaż nie był też taki, żeby chodzić do najbardziej podejrzanych tawern w okolicy i jeszcze pić w nich niewiadomego pochodzenia rum. Musiało chodzić o coś więcej i Javier był coraz bardziej ciekawy, o co tak właściwie, bo chyba nie o przyjemne spędzanie czasu w towarzystwie brata.
Poprawił się na krzywym krześle, wciąż starając się być blisko okna.
- Jose? – zaczął, ku swojej uldze dostrzegając, że głos ani mu nie drży, ani nie jest przesadnie niepewny. – Po co tu w ogóle przyszliśmy? Nie podoba mi się to miejsce.
Starał się nie brzmieć jak rozkapryszony dzieciak, któremu nic się nie podoba, dawał tylko do zrozumienia, że nie czuje się zbyt dobrze w towarzystwie tych wszystkich typów spod ciemnej gwiazdy, którzy byli nieźle pijani. Co im mogło przyjść do głowy? Cokolwiek. Czemu na przykład nie mieliby nagle zacząć rzucać stołami? To było całkiem prawdopodobne.
Ręka Javiera mimowolnie powędrowała do wypolerowanej kolby garłacza. Takie coś uspokajało. Sama świadomość, że w razie czego ma się czym bronić. Postanowił być czujny i w nieustannym pogotowiu, gdyby miało nagle dojść do jakiejś bójki. Mógłby pokazać Jose, że jest czegoś wart.

//Jak nie, jak tak.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Tawerna    Sob Cze 08, 2013 10:59 am

Na chwilę powrócił do niego spojrzeniem i zauważył, że wykrzywił swoje ciało w bardzo dziwny sposób, pewnie dlatego, żeby znaleźć się bliżej okna. Kąciki jego ust uniosły się lekko ku górze. Tak naprawdę sam nie wiedział, czemu ten widok przyprawił go o uśmiech. Szybko jednak odwrócił wzrok, a wesoły, choć nieznaczny grymas zniknął z jego twarzy.
Jose nie był małomówny. Jose po prostu założył z góry, że nie ma się po co odzywać, jeśli się nie ma niczego mądrego do powiedzenia. Jeśli jednak miał coś do przekazania, potrafiłby gadać nawet i godzinami. Zwłaszcza, jeśli miał na dany temat wyrobione zdanie. Wtedy rozmowa z nim mogła stać się mało przyjemna, bo zaczynała do złudzenia przypominać monolog. Kiedy jednak nie miał takiej wewnętrznej potrzeby, milczał posępnie i zajmował się swoim sprawami, które nikogo innego nie powinny interesować.
Teraz jednak miał coś do przekazania.
-Każdy coś wie. Oczywiście, przyda się trochę szczęścia i rozsądku w wybieraniu informacji, które mają jakieś znaczenie pośród steku nieistotnych bzdur. Poza tym, nie można zapominać, że inteligentni ludzie też się upijają. I chociaż zakładam, że większość z tych to ostatni kretyni, może się tutaj znaleźć ktoś mądrzejszy- odparł spokojnie, opierając łokcie wygodniej na stole. Przemknęło mu przez myśl, że jego rękawy robiły w takim wypadku za dobrą szmatkę, wycierając brud z blatu, ale jakoś go to nie obeszło. Gorzej mogło być z dopiero co zasklepioną raną na prawym nadgarstku, ale że nie była ona otwarta, raczej nie mogło się przez nią wdać zakażenie.
Chyba. Chilijczyk westchnął cicho.
-Zawsze zaś lepiej zaczynać na przykład poszukiwania z małą poszlaką niż bez niej- dodał po krótkiej chwili, gdy już się namyślił. Doszedł do wniosku, że już raczej nie miał nic na ten temat do powiedzenia.- Nie wiem, czy kiedykolwiek będziesz czegoś, lub kogoś, szukać, ale w razie czego ta wiedza może ci się przydać.
Ponownie na niego spojrzał i w milczeniu obserwował jego reakcję. Na początku było zaskoczenie, które jednak szybko zniknęło. No tak, Javier również był przyzwyczajony do takich rzeczy. Z tego, co Jose wiedział, nawet do rzeczy znacznie gorszych.
-Ano, jestem- mruknął, kiwając krótko głową. W takim miejscu jak to byli chyba sami piraci. No i właściciele tej tawerny, którzy też byli jakimiś podejrzanymi osobami. Schował sakiewkę, żeby nie przyciągnęła niczyjej uwagi. Zwłaszcza właściciela. Chociaż normalnie nie miał właściwie nic przeciwko bójkom, czasem sam ich szukał, ale teraz sytuacja była nieco inna. Nie miał kompletnie ochoty na bicie się z jakimiś typami. Chyba nie był tamtego dnia w bojowym nastroju. Co jednak mogło się zmienić w przeciągu paru sekund, gdyby na horyzoncie pojawiłaby się jakaś kompletnie przypadkowa irytująca osoba. I nikogo szczególnego nie miał na myśli.
Jego pytanie spotkało się z raczej mało wnoszącą odpowiedzią. Wzruszenie ramion. Syknął lekko pod nosem. Naprawdę nie rozumiał, jak można było być tak niezdecydowanym w takiej kwestii. Sam zazwyczaj zawsze był zdecydowany- no chyba, że chodziło o uczucia, ale to była inna sprawa.
Uznał jednak, że skoro Javier nie wiedział, to znaczyło, że nie miał na rum ochoty. A on nie zamierzał na niego naciskać. Upił kolejny łyk. Musiał przyznać, trunek smakował wybornie mimo tego, w jakich warunkach był trzymany, a Jose miał ochoty wypić go jednym duszkiem. Powstrzymywał się jednak. Nie przyszedł tam się upić.
Więc po co? Dostał możliwość wytłumaczenia, gdy Javier wreszcie zadał to pytanie, na które Chilijczyk czekał już od jakiegoś czasu. Skinął głową z czymś w rodzaju uznania, zwłaszcza, że słowa zostały wypowiedziane ze względną pewnością.
-Pomyślałem, że dobrze byłoby pogadać. A przy okazji pogadać w takim miejscu, żeby był z tego jakiś pożytek- wyjaśnił, nie starając się nawet, żeby jego wypowiedź była szczególnie jasna.- Nie wiem, jak komukolwiek może się podobać to miejsce, a jednak są takie osoby. A ten fakt może się przydać w życiu.
Obserwował jak jakiś osiłek z oddalonego od nich stolika wstaje i idzie- chyba w ich kierunku. Ostrożność, musiał być teraz bardzo ostrożny i uważny. Jednakże gdy tamten był już blisko nagle zawrócił i ostatecznie wylądował przy barze. A, dokładniej rzecz ujmując, na barze. Jose skrzywił się.

//… Krótkie, bo AC wzywa xD
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wyspa Wielkanocna

avatar

Orientacja : ಠ_ಠ
Ekwipunek : Rapier, pistolet skałkowy, kord.
Wątki i powiązania : DEMONICZNI BRACIA RODRIGUEZ
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Moneyy, poweeer, gloryyy~!
User : Punk. (Chilijski. :c)
Liczba postów : 91
Join date : 03/03/2013
Skąd : Hanga Roa

PisanieTemat: Re: Tawerna    Pią Lip 05, 2013 1:18 pm

Kiwnął głową, bo Jose jak zwykle jak już coś powiedział, to całkiem inteligentnie. Moai zaczął zastanawiać się mimowolnie, ile jeszcze przydatnych informacji kryje się za zasłoną milczenia Chilijczyka. O czym Jose myślał przez cały czas, kiedy się nie odzywał? Czy miał jakieś marzenia, albo tajemnice, którymi nigdy nie podzielił się z nikim innym?
A i owszem, przypomniał sobie. Coś, co udało mu się kiedyś ze starszego Rodrigueza wyciągnąć, a czego strzegł teraz jak największego skarbu.
Mimowolnie powrócił myślami do tamtego wieczora. Oczywiście, pamiętał wszystko z najdrobniejszymi szczegółami, ale postanowił udawać, że o niczym nie wie. Pomyślał, że gdyby był na miejscu Jose, to nie chciałby, żeby ktoś wiedział o jego sekrecie... a, zresztą i tak prawdopodobnie wszyscy o tym wiedzieli, więc nie było się czym przejmować. Uznał, że znowu myśli za dużo, ale cała sprawa z Martinem ostatnio trochę go zaprzątała. Pomyślał, że może wypadałoby dowiedzieć się o Argentyńczyku czegoś więcej, żeby nie stąpać przez cały czas po niepewnym gruncie. Musiał sobie ułożyć kilka rzeczy.
Myślał też nad słowami Jose. Kogoś, czegoś szukać... kiedyś szukał właśnie Chilijczyka i teraz, jak nad tym myślał, dochodził do wniosku, że chyba tylko za sprawą szczęśliwego zrządzenia losu. Nie wiedział, ile było w tym jego umiejętności, a ile zwyczajnego szczęścia, ale był wdzięczny losowi, że znalazł swojego starszego brata. W końcu była to jedyna osoba na świecie, która mu jeszcze pozostała.
Patrząc wstecz, cieszył się, że w końcu wylądował na statku. Dużo mu to dało i wiedział, że da mu jeszcze więcej, jeśli odpowiednio się przyłoży i postara. A miał taki zamiar. Zaczął rozumieć, że jeśli jakiekolwiek miejsce ma zacząć nazywać domem, to prawdopodobnie będzie to właśnie statek piracki, na którym miał spędzić jeszcze mnóstwo czasu. Nie wiedział, ile. Czy całe życie, czy może coś potoczy się tak, że skończy w innym miejscu. Wolał się na razie nad tym nie zastanawiać. Cieszył się z tego, co było, bo w sumie nie było tak źle.
Wrócił myślami do rozmowy dopiero wtedy, kiedy Jose wyjaśnił, po co przyszli do tej paskudnej tawerny.
- Pogadać? - zapytał z lekkim zaciekawieniem, poruszając się niespokojnie. Pewnie nie chodziło o nic strasznego, ale z drugiej strony Jose mógł go zaskoczyć jakimś pytaniem, na przykład o tamten wieczór, kiedy Moai dowiedział się trochę za dużo. Chociaż było to mało prawdopodobne, Chilijczyk pewnie nawet nie zawracał sobie tym głowy. Javier zganił się w myślach za nieustanne panikowanie. - O czymś konkretnym?
Spojrzał na Jose, jednak szybko spuścił wzrok, z powrotem na brudny blat stołu. Nagle plamy stały się bardzo interesujące.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Tawerna    Sob Lip 06, 2013 8:03 pm

-Pogadać- powtórzył, obserwując uważnie jego reakcje. Uśmiechnął się kącikami ust. Mógł założyć, że Javier miał coś na sumieniu, coś, o czymś rozmawiać nie miał ochoty. Cóż, wszyscy mieli. A przynajmniej wszyscy z ich trybem życia. Na pirackim statku nie było miejsca dla takich, co byli stuprocentowo uczciwi, dobrzy i honorowi.
Przez chwilę nie odpowiadał na jego pytanie, przybierając zamyśloną minę. Tak, jakby się nad tym zastanawiał. Tyle, że przecież on rzadko nie był pewien czegokolwiek, zwłaszcza, jeśli chodziło o sprawy niekoniecznie ważnego typu. Pewność siebie i swoich decyzji- to było coś, co go cechowało. Przez większość czasu. Ale nie miał nic przeciwko, żeby Moai przez chwilę pobył w niepewności. Niezauważalny odwet za tamtą nieszczególnie komfortową dla niego rozmowę. Chociaż nie sprawił, że starszy Rodriguez poczuł się lepiej.
-Nie, o niczym konkretnym- odparł w końcu, gdy już uznał, że nie było co tego ciągnąć. Tak jakby Javier w ogóle miałby się domyślić, że to o to chodziło. O ile w ogóle pamiętał tamtą wymianę zdań. Był wtedy pijany, poza tym, nie zachowywał się tak, jakby był świadom.- Tak… Po prostu. W końcu, straciliśmy dużo lat.
Tak, teraz pewnie wyjdzie na to, że Jose miał jakieś sentymenty i był melancholijny. W żadnym razie.
-I co prawda nie zawsze jest czas na tego typu rozmowę, ale teraz akurat cumujemy w porcie i i tak nie ma nic do roboty- dodał jeszcze, wodząc po pomieszczeniu wzrokiem. Zatrzymał spojrzenie na drzwiach.- No, chyba, że masz coś lepszego do zrobienia.
Chyba mówił odrobinę za dużo. Alkohol rozwijał język nawet wtedy, gdy wypiło się go stosunkowo mało. Skrzywił się. Dlaczego miał taką słabą głowę?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wyspa Wielkanocna

avatar

Orientacja : ಠ_ಠ
Ekwipunek : Rapier, pistolet skałkowy, kord.
Wątki i powiązania : DEMONICZNI BRACIA RODRIGUEZ
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Moneyy, poweeer, gloryyy~!
User : Punk. (Chilijski. :c)
Liczba postów : 91
Join date : 03/03/2013
Skąd : Hanga Roa

PisanieTemat: Re: Tawerna    Sro Lip 10, 2013 3:19 pm

A więc po prostu pogadać. No cóż, powód dobry, jak każdy inny, tylko Javier nie wiedział, dlaczego akurat w takim miejscu.
Czuł ulgę, w końcu okazało się, że Jose nie chciał od niego niczego konkretnego. To dobrze. Westchnął cicho, ciesząc się w duchu.
Rzeczywiście, stracili dużo lat i Moai wciąż zastanawiał się, jak naprawdę jest postrzegany przez Chilijczyka. Jak dziwny dzieciak, który się przypałętał nie wiadomo skąd, czy raczej jak dawno zaginiony brat, który cudem się odnalazł? Nadal zastanawiał się, czy Jose ucieszył fakt, że Javier dołączył do jego załogi, czy niekoniecznie. W końcu Chilijczyk nie prosił się o młodszego brata. Młodszy brat sam się do niego przykleił.
- Nie, raczej nie - odparł na zadane mu pytanie, chociaż po chwili zrozumiał, że Jose wcale nie pytał. On wiedział, że oboje nie mają nic lepszego do roboty. No cóż, w sumie taka była prawda. Mogli tylko siedzieć na statku, co zwykle zresztą robili. Javier nie przypominał sobie jednak, żeby był jakiś powód, dla którego nie mieli by tego robić i teraz. Może po prostu Jose naprawdę chciał spędzić z nim trochę czasu? To było co prawda dziwne, ale nie niemożliwe.
Moai poczuł się dziwnie wyróżniony.
Uznał, że skoro mają rozmawiać, to powinien coś powiedzieć, ale zupełnie nie miał pomysłu. Teraz, gdy emocje związane z tajemniczym powodem przyjścia do tawerny już opadły, nie wiedział, co ze sobą zrobić. Zaczął się już przyzwyczajać do wnętrza, więc nie było tak źle, ale nadal nie mógł powiedzieć, że czuł się komfortowo.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Tawerna    Czw Sie 15, 2013 10:12 am

Upił kolejny łyk ze swojego kufla, przejeżdżając wzrokiem po tawernie. Szukał czegoś ciekawego, na czym mógłby zawiesić dłużej spojrzenie, ale niczego takiego nie widział. W końcu po prostu skierował się w stronę brata, który… Nie był do końca jego bratem.
Relacje mieli skomplikowane, to na pewno. Nie mieli wspólnej krwi. Był okres, w którym Chilijczyk zwątpił, że jeszcze kiedykolwiek zobacz Javiera , a w końcu wręcz przestał o nim myśleć. I nagle, niespodziewanie, pojawił się z powrotem w jego życiu i dołączył do prusackiej załogi, chociaż nie miał nic z pirata. Dalej nie za bardzo wiedział, co ma myśleć o tej całej sytuacji. Nie zdecydował czy jego obecność go cieszy, czy jest wręcz przeciwnie.
Uśmiechnął się lekko krzywo. Moai czasami odpowiadał na pytania, które nie zostały zadane, a potem milczał, gdy naprawdę się go o coś pytało. Dziwny dzieciak… Chociaż „dzieciak” może nie było dobrym określeniem. Javier był kanibalem, do cholery! Patrząc tak na niego, trudno by się było domyśleć, że ktoś taki kiedykolwiek mógłby skosztować ludzkiego mięsa.
-Właściwie, chcę się ciebie o coś zapytać- zaczął w końcu, drapiąc się po głowie. Nagła myśl wpadła mu do głowy. Bardzo ważna kwestia.- Jak właściwie mnie znalazłeś? Przypadek?
Czy może Chilijczyka dało się jakoś wyśledzić? Może powinien się zacząć oglądać za plecy, żeby przypadkiem nie został zaskoczony przez swoich wrogów z przeszłości, chociażby tego wrednego Peruwiańczyka…?
Przy okazji mógł pogadać trochę z Javierem. Podczas takowej rozmowy może wreszcie mógł sobie wyrobić jakieś zdanie na jego temat. Chociaż na razie za mało się odzywał, żeby można było z tego wyciągnąć sensowniejsze wnioski. Sama tawerna już zupełnie przestała zaprzątać jego myśli. Przyzwyczaił się do niej zupełnie. Trudno było powiedzieć, że był kompletnie wyluzowany… Ale również nie spięty. Po prostu, był w swoim normalnym humorze.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wyspa Wielkanocna

avatar

Orientacja : ಠ_ಠ
Ekwipunek : Rapier, pistolet skałkowy, kord.
Wątki i powiązania : DEMONICZNI BRACIA RODRIGUEZ
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Moneyy, poweeer, gloryyy~!
User : Punk. (Chilijski. :c)
Liczba postów : 91
Join date : 03/03/2013
Skąd : Hanga Roa

PisanieTemat: Re: Tawerna    Nie Sie 18, 2013 8:30 pm

Rzeczywiście, ciężko było uwierzyć w ten cały kanibalizm. Ale sam Moai nie widział w tym nic dziwnego, jakkolwiek nienormalne się to może wydawać. Po prostu jak nie było nic innego do jedzenia, to się jadło ludzi - i już. A że starych nawyków ciężko się pozbyć, to już inna sprawa.
- Można tak powiedzieć - odparł zdawkowo, skubiąc rąbek koszuli. Następnie wygładził ją, westchnął i położył ręce na stole. - Szukałem cię jakiś czas, może los się wreszcie nade mną zlitował. Poza tym nie mów, że ciężko zauważyć hałaśliwą, pijaną załogę piracką cumującą w porcie...
To było trochę dużo słów, jak na niego. Przygryzł wargę. Chociaż co tam, przecież z własnym bratem mógł rozmawiać normalnie.
- Właściwie wciąż się zastanawiam, czy nie jesteś na mnie zły z tego powodu - wypowiedział na głos myśl, która nurtowała go już od jakiegoś czasu. - Bo... wiesz, przyszedłem bez zaproszenia i może wcale mnie nie chciałeś.
Popatrzył na Jose niepewnie. Moai dobrze wiedział, że wpadł nagle w ustalony porządek - jeśli taki piracki chaos można było nazwać porządkiem - i że może ktoś sobie tego nie życzył. Może brat wcale nie chciał odnajdywać go po latach, może lepiej by było, gdyby wszystko zostało, jak jest?
Javier sam jeszcze nie wiedział. Za mało się wydarzyło, żeby mógł się upewnić. Cała sytuacja była wciąż nowa, jakby na to nie patrzeć.

//Możemy przejść na krótkie posty, prawda? Możemy? ._.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Tawerna    Nie Sie 18, 2013 8:48 pm


Wszystko pewnie zależało od kultury i relacji, w których się wychowało. Ale nawet dla pirata, który normalnie nie miał zbyt dużych skrupułów, jedzenie innych ludzi... Wydawało się dziwnie nie w porządku. Po prostu. To było jak wyzbycie się tej ostatniej cząstki człowieczeństwa, która w nich zostało, zdeptanie jej. Nie żeby Jose nie patrzył na Javiera jak na człowieka. Po prostu, trudno było się z tym faktem pogodzić.
-Rozumiem- odparł, kiwając lekko głową. Czyli jednak los. Tak samo jak on miał szczęście, że ścieżka życia skierowała go akurat na ten statek.- ... Oj, nie mówię tak. Ale wiesz, tych załóg jest dość sporawo, a ja nie jestem znowu taki głośny.
No chyba, że akurat wrzeszczał na kogoś, kto się obijał czy na kogoś, kto w jakiś sposób mu podpadł. Wtedy słychać go było daleko. Ale nie były to znowu takie częste przypadki.
-W każdym razie, cieszę się, że to tylko zrządzenie losu- powiedział w końcu. Bo istniało jeszcze prawdopodobieństwo, że Javier nie był do końca szczery i chciał je wykluczyć obserwując jego reakcję.
Popatrzył na niego, unosząc brwi. Zły...? Na niego...? A od kiedy ktokolwiek pytał się o jego pozwolenie zanim wchodził mu do życia z butami? Nie. Byli gorsi niż Javier.
-Nie, nie jestem na ciebie zły- odparł w końcu, po chwili milczenia. Postanowił być z nim szczery.- Chociaż, przyznać muszę, że nadal jestem nieco... Zaskoczony. Nie jestem jeszcze do końca pewien, co o tym myśleć. Nie sądziłem... Że znów pojawisz się w moim życiu. Ale to nie jest źle.
//Spoks... Mów następnym razem, że edytujesz >|
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wyspa Wielkanocna

avatar

Orientacja : ಠ_ಠ
Ekwipunek : Rapier, pistolet skałkowy, kord.
Wątki i powiązania : DEMONICZNI BRACIA RODRIGUEZ
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Moneyy, poweeer, gloryyy~!
User : Punk. (Chilijski. :c)
Liczba postów : 91
Join date : 03/03/2013
Skąd : Hanga Roa

PisanieTemat: Re: Tawerna    Nie Sie 18, 2013 9:03 pm

No tak, Jose raczej nie podnosił głosu dla zabawy. W każdym razie Javier nigdy nie słyszał. Próbował sobie wyobrazić Jose z tym radosnym, latynoskim temperamentem i nastawieniem do życia... ale nie, coś tu nie pasowało. Chilijski temperament był zupełnie inny. Właściwie na swój sposób uroczy, ale każdy obdarzony chociaż odrobiną instynktu samozachowawczego raczej nie wypowiedziałby tego na głos.
Pokiwał głową na słowa brata. To było w dużej mierze zrządzenie losu. No i trochę poszukiwań, ale raczej takich po omacku i nie przynoszących żadnych wartościowych wskazówek. Javier ze swoim panicznym lękiem raczej nie był dobrym kandydatem do szukania informacji wśród ludzi, a przecież to właśnie tam było je najłatwiej znaleźć.
To dobrze, że Jose był zaskoczony. Lepiej, niż gdyby miał być zły. A zaskoczyć Chilijczyka nie było chyba zbyt łatwo.
- To dobrze - odparł krótko. - Też się tego nie spodziewałem.
Uśmiechnął się lekko. W towarzystwie brata było to znacznie łatwiejsze.

//Nie powiem. >D
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Tawerna    Pon Sie 19, 2013 7:23 am

Faktycznie, nazwanie go uroczym mogłoby się dla kogoś źle skończyć. Mocnym uderzeniem pięści czy inną, niezbyt przyjemną reakcją.
Obserwował go uważnie, ale nie wykrył u niego żadnych oznak kłamstwa. Czyli jednak mówił prawdę i było to nic więcej niż zrządzenie losu. Jednakże patrząc na to, ile osób z przeszłości pojawiało się w jego życiu, i tak pewnie powinien zacząć uważać. Na swoich dawnych wrogów, których, mimo wszystko miał. Dwóch. Martin też tak jakby był jego wrogiem, kiedyś, ale to akurat było naprawdę bardzo bardzo dawno.
Cóż, być może samo zaskoczenie go nie było takie trudne, ale zazwyczaj z dziecinną łatwością udawało mu się zatuszować to uczucie. To nie był gniew, który wręcz z niego kipiał. To było w tej samej kategorii co chociażby wesołość.
-Dziwnie by było, jakby było inaczej- powiedział w końcu, pociągając kolejny, ostatni już łyk z kufla.- To bardzo mało prawdopodobne, że ze wszystkich statków trafiłeś akurat na ten, na którym ja przebywam. Powiedziałbym, że to przeznaczenie, gdybym wierzył w takie bzdury.
Wierzył w inne bzdury, ale to już inna historia. Na widok tego uśmiechu i jego kąciki ust drgnęły lekko ku górze.
//... Najwyżej mój odpis będzie pozbawiony sensu przez ciebie. | ... 200 post <'3
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wyspa Wielkanocna

avatar

Orientacja : ಠ_ಠ
Ekwipunek : Rapier, pistolet skałkowy, kord.
Wątki i powiązania : DEMONICZNI BRACIA RODRIGUEZ
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Moneyy, poweeer, gloryyy~!
User : Punk. (Chilijski. :c)
Liczba postów : 91
Join date : 03/03/2013
Skąd : Hanga Roa

PisanieTemat: Re: Tawerna    Pon Sie 19, 2013 8:16 am

Też miał wrogów, chyba nawet tych samych, co Chilijczyk, co stawiało Javiera w dosyć wygodnej pozycji. Przy bracie czuł się znacznie bezpieczniej. Samo wspomnienie tamtych dni, kiedy pewien idiota chciał sobie z niego zrobić niewolnika... tak, to nie było zbyt miłe. Właściwie rzeczy, które wtedy przeżył, czasami nadal powracały w koszmarach.
Jose wyrwał go z rąk śmierci, jeśli można tak powiedzieć. Kolejny powód, dla którego Moai uważał go za brata i był mu lojalny aż do grobowej deski.
Zauważył delikatny uśmiech Jose. Czyżby wpływ wypitego właśnie rumu, czy uśmiechnął się tak sam z siebie?
- Może i przeznaczenie - zgodził się, kiwając w zamyśleniu głową. To nie było znowu takie niemożliwe, jakby się mogło wydawać. Na świecie działy się tak dziwne rzeczy, że gdyby przeznaczenie istniało, to Javierowi w zasadzie nie zrobiłoby to różnicy. - Ale jeśli nawet, to i tak musiałem się wyrwać z mojej wyspy, żeby cię znaleźć. Więc... nie takie do końca przeznaczenie.
Bo w zasadzie żaden boski wiatr nie porwał go na swych skrzydłach wprost przed oblicze Jose, ani też żadna fala tsunami nie zmiotła go na pokład jego statku. A to, nawiasem mówiąc, byłoby znacznie wygodniejsze niż tułanie się po świecie, w pogoni za kimś, kogo się nie widziało nie wiadomo ile czasu...

//...właśnie na to liczę >D | Gratulacje.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Tawerna    Pon Sie 19, 2013 8:37 am

Pamiętał to wszystko doskonale. Tamten dzień, kiedy stanął w obronie Javiera. Nie żeby był to aż taki heroiczny czyn, którego można by wychwalać w pieśniach. Można zadać sobie podstawowe pytanie- zrobił to dla niego, czy dla siebie, gnany chęcią zagrania na nosie swojemu wrogowi? Niezależnie od intencji, uratował Javiera i ten uznał go za swojego starszego brata i się do niego, mówiąc prosto, przyczepił. Nie żeby Jose szczególnie to przeszkadzało. Być może dobrze było mieć człowieka, który jest lojalny nie z w powodu rangi, jaką Chilijczyk pełnił na statku, tylko z powodu jego jako osoby.
Ciekawe, czy wygodnie było tak chować się za czyimś większymi plecami.
-Przeznaczenie... Ludzie, którzy nie chcą niczego zmieniać w swoich nieudanych życiach o nim prawią- mruknął w zamyśleniu. Tak właśnie to widział. Czasem zaś był w nastroju do mówienia rzeczy w takim stylu.- Zamiast brać sprawy w swoje ręce, mówią o tym, że coś jest im pisane. Bzdura.
Sam Jose... Jak mu się u Antonia nie podobało, to zwiał. Jak nie chciał się przyglądać jak ten głupi Peruwiańczyk robi sobie niewolnika z Bogu winnego dzieciaka, to zainterweniował. Chociaż nie zawsze tak było. Czasem i on tchórzył, chociaż raczej się do tego nie przyznawał.
-Dobrze zrobiłeś, że opuściłeś tą swoją wyspę- dodał na koniec.- O ile oczywiście tutaj czujesz się szczęśliwszy....

//... TY D<
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Wyspa Wielkanocna

avatar

Orientacja : ಠ_ಠ
Ekwipunek : Rapier, pistolet skałkowy, kord.
Wątki i powiązania : DEMONICZNI BRACIA RODRIGUEZ
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Moneyy, poweeer, gloryyy~!
User : Punk. (Chilijski. :c)
Liczba postów : 91
Join date : 03/03/2013
Skąd : Hanga Roa

PisanieTemat: Re: Tawerna    Pon Sie 19, 2013 11:14 am

Też pamiętał ten dzień, ale dla niego to był heroiczny czyn, godny pieśni, a może nawet dwóch. Kto inny może nic by nie zrobił i Javier siedziałby teraz w jakiejś kopalni w warunkach niegodnych nawet robactwa, a kto wie co jeszcze mógł wymyślić Peruwiańczyk. Na pewno nic miłego.
W zasadzie gdyby nie Jose, to Moai prawdopodobnie by nie żył - tak więc chłopak oddał niejako swoje życie Chilijczykowi na dowód wdzięczności. Chociaż on po prostu czuł, że tak powinno być. Jose był jego protektorem, wybawcą... no, może Javier był w niego zapatrzony odrobinę za bardzo, ale był dumny z tego, że może nazywać go bratem.
- Chyba masz rację - odparł - ale niektóre rzeczy naprawdę wyglądają na coś więcej, niż przypadek... Chociażby to nagłe odnalezienie po tych wszystkich latach.
O czym oni rozmawiali, o przeznaczeniu? Nie ma to jak głębokie tematy przy kuflu rumu, który, swoją drogą, był już pusty. Javier westchnął.
- Jeszcze zobaczymy, czy dobrze. Na razie jest trochę strasznie. Ale równie straszne byłoby spędzenie całego życia samemu, więc... może rzeczywiście dobrze.
Trochę się zaplątał w tym, co mówił.
- Właściwie nigdy nie opowiadałeś mi o tamtym Peruwiańczyku - zaczął z namysłem. - I o tamtym dniu, kiedy mnie uratowałeś. Czy nie sądzisz, że to też mogło być przeznaczenie?

//JA >D
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Tawerna    Sro Sie 21, 2013 5:38 pm

Takowe warunki nie były w ich świecie niczym szczególnie... Niezwykłym? Nie, to było złe słowo. W każdym razie, niewolnictwo było czymś uprawianym powszechnie i nikt tak naprawdę nie widział w nim nic dziwnego. Taki świat.
Chilijczykowi nie zależało na tym, żeby być traktowanym jak jakiś ideał. Było mu od niego daleko i czasem zastanawiał się, dlaczego Javier aż tak bardzo go lubił. Nawet jeśli by tego nie okazywał, fakty mówiły same za siebie. Szukał go. Czyli chciał go znaleźć, a, co za tym idzie, z pewnością nie mógł go nienawidzić.
-Być może tak to wygląda- przyznał.- Dlatego wiara w przeznaczenie jest taka powszechna. Według mnie, prędzej miałeś po prostu szczęście.
Tak, bo inaczej nie można było tego nazwać. No bo raczej nie chodziło o niezwykłe zdolności Moaia do tropienia. Z całym szacunkiem, nie wyglądał jak człowiek, który byłby w czymś takim dobry. Raczej wymagało to większych umiejętności socjalnych.
-Strasznie?- pogrzebał chwilę w pamięci. Rzeczywiście, gdy zaczynał swoją tak zwaną przygodę z morzem był niepewny. Gdy zaś po raz pierwszy postawił stopę na pirackim statku, był po prostu przerażony. Ale to uczucie szybko uleciało, zastąpione... Akceptacją? Nie. Po prostu polubił takie życie, wreszcie mógł poczuć się swobodnie.
Przyjrzał mu się, w pierwszej chwili mając ochotę westchnąć. Być może powinien się spodziewać, że taki dzień nadejdzie.
-Tamten Peruwiańczyk... Praktycznie wychowaliśmy się razem- odparł w końcu.- Ale parę... Kwestii nas poróżniło. Okazał się być zwykłym draniem...
Popatrzył lekko tęsknie w stronę kufla. W tej chwili naprawdę miał ochotę upić łyka. Upić się. Dlaczego wspomnienie tego akurat człowieka wywołało smutek? Być może już wypił za dużo...
-Nie. Mogłem odejść. Mogłem ci wcale nie pomagać. Ale chciałem to zrobić. To ja podjąłem decyzję. Nie było to pisane w gwiazdach, zapewniam cię.

//Za to zginiesz *ulubiony tekst*
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dominica

avatar

Orientacja : Hetero
Wątki i powiązania : Skrzypce i ciasto moim życiem. A, i Francis i Arthur się mną opiekowali.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Proszę cię, jestem kierownikiem wodopoju.
User : Didime
Multikonta : nie mam C:
Liczba postów : 100
Join date : 21/04/2013

PisanieTemat: Re: Tawerna    Pon Wrz 30, 2013 5:28 pm

Jezu...
Pomyślała dziewczyna, wchodząc do przybytku.
Jej mierząca niecały metr sześćdziesiąt osóbka, próbowała się właśnie przedrzeć przez tabun pijanych, zataczających się piratów, korsarzy, czy innych niewiadomych. Szła pewnie, choć momentami zatrzymywała się, jakby na chwilę straciła swoją pewność siebie. Jednak po chwili znów dziarsko szła w stronę baru.
Co takie młode dziewczę robiło w takim miejscu, o tak późnej porze? To na pewno nie było miejsce dla takich jak ona!
Ale jednak tu była. Mocno trzymając swoje skrzypeczki, próbowała dostać się do barmana.
Potrzebowała pieniędzy. Ona, jej załoga. Dlatego chwytała się różnych sposobów, by zarobić choć troszkę. Tak odrobinkę, by zaoszczędzić na czymkolwiek. Dlatego udała się do tawerny- by zarobić jakieś grosze umilając tutejszym gościom chlanie swoją grą.
Akuratnie tu nikt nie grał. Słyszała, że grajkowie bali się tu najzwyczajniej chodzić. Ale Dominica do palcem robionych nie należała, nie przekona się póki sama nie spróbuje!
Gdy nareszcie przedarła się do baru, omijając sprytnie, lub uderzając mocno smyczkiem napaleńców, którzy to łapska swe klejące się od rumu w jej stronę wyciągali, usiadła na krzesełku i zawołała barmana.
- Czego chcesz smarkulo?- zapytał zachrypłym głosem mężczyzna, badając szesnastolatkę.
- Zarobić - powiedziała bez chwili wahania, patrząc po wystawnych trunkach. Znała je wszystkie, skąd pochodzą, jak smakują...
- Burdel jest dwie ulice dalej- powiedział z szyderczym uśmiechem, i wrócił do polerowania szklanki.
- Jako grajek - wysyczała przez zęby, lekko zdenerwowana jego uwagą, podnosząc skrzypce i kładąc je na blacie. - Jak na razie jesteście najcichszą tawerną. Grajek by wam się przydał. - dodała, rozglądając się po przybytku. Zauważyła kogoś, kogo znała, nie dobrze, ale z widzenia...tak, to ten co pomógł jej znaleźć lutnika! A koło niego siedział..hm... dziewczyna nie wiedziała. Jednak nie patrzyła się na nich długo, tylko skierowała swój wzrok na barmana.
Mężczyzna przez ten czas patrzył to na nią, to na instrument. Wiedział, że ma rację.
- A jesteś dobra? - zapytał po chwili, patrząc na zataczających się pijaków, którzy teraz właśnie zaczynali coś śpiewać.
- To już niech ocenią goście - rzuciła z uśmiechem, chwytając swoje skrzypce, i wstając z krzesełka. Stanęła w jakimś dogodnym miejscu, przyłożyła smyczek do strun, i nagle, z jej niewielkich przecież skrzypek rozległ się donośny dźwięk radosnej pieśni, którą właśnie śpiewali pijacy.
Mężczyźni tak się tym ucieszyli, że wręcz od razu zaczęli tańcować. Niektórzy słysząc radosną melodię również- a to śpiewali, a to tańcowali.
A dziewczyna tylko uśmiechała się pod nosem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Tawerna    Sob Lis 16, 2013 5:45 pm

//WW nie będzie już w tym temacie pewnie pisać, więc pomijamy, pomijamy |': O ile po takim czasie jeszcze w ogóle chcesz pisać, Domi. Przepraszam, 'szaszam. \\

Rozmowa z bratem, nieważne, prawdziwym czy przybranym, była w miarę przyjemna. Mógł zaliczyć ją jako jeden z lepszych części tamtego dnia. Ale wszystko, co dobrze, kończy się nie tyle dobrze, co szybko. Javiert nagle przypomniał sobie o czymś czy po prostu znudził się już jego towarzystwem- Jose nie był pewien jaki był powód- i poszedł. Wymruczał po drodze jakieś pożegnanie, pewnie podał powód, dla którego znikał.
Chilijczyk miał ochotę go zatrzymać. Przez pierwsze kilka chwil. Ale nie był tego typu człowiekiem. Nie mógł być tak bardzo egoistycznie nastawionym, Moai miał lepsze rzeczy do roboty niż siedzenie w tawernie.
Ostatecznie po prostu odprowadził go wzrokiem, opierając się wygodniej na łokciu.
-Uważaj na siebie- wymamrotał w jego plecy, za cicho, żeby ten mógł usłyszeć. Następnie upił kolejnego łyka ze swojego kufla. Nie było to jeszcze na tyle dużo, żeby poczuł to charakterystyczne ciepło rozchodzące się po całym ciele... Ale wystarczająco, żeby wpadł w bardziej emocjonalny nastrój.
Aż zaklął cicho pod nosem, gdy do normalnego gwaru doszedł jeszcze śpiew. Ogólnie nie miał nic przeciwko muzyce. Właściwie to mógł wręcz stwierdzić, że zła nie była, tylko go po prostu mało interesowała. Ale pijackiego zawodzenia znieść nie mógł. Te dźwięki wydobywające się z gardła pirackiej hołoty przywodziły na myśl raczej zarzynanego kota miauczącego o litość, a nie muzykę. Dopadła go natychmiastowa ochota, żeby wstać, podejść i przywalić jednemu z drugim. Powstrzymał się jednak. Najwyższy czas ruszyć z powrotem na statek...
I wtedy właśnie do śpiewu dołączyła melodia wygrywana na jakimś instrumencie- skrzypcach?- która była znacznie bardziej przyjemna dla uszu. Rozejrzał się za grajkiem. Przez jakiś czas nie mógł go namierzyć...
Bo okazało się, że rozglądał się za mężczyzną, a „on” okazał się wyglądającą na góra siedemnaście lat dziewczyną. W dodatku znajomą. Zmarszczył brwi, starając sobie przypomnieć... Ach. Pomógł jej jakiś czas temu znaleźć tego, czego szukała. Mięśnie twarzy rozluźniły się nieco, chociaż tylko na chwilkę.
Nie, żeby szczególnie go to obchodziło- no, może trochę- ale takiego rodzaju lokal nie wydawał się być odpowiednim miejscem dla kogoś takiego jak ona. Była to wylęgarnia typków z pod ciemnej gwiazdy, a ona, drobna i niska, nie miałaby jak się bronić. A nikt raczej nie wyciągnąłby do niej pomocnej ręki. Rozejrzał się raz jeszcze, tym razem wyszukując osób z wrogiej załogi. Mogła w końcu nie przyjść sama.
Aż parsknął z niedowierzaniem. Nikogo.
Dopił napój ze swojego kubka i wstał ze stołu. Przepchnął się nieco bliżej, ale potem przystanął. Co właściwie chciał zrobić? Gdyby podszedł i się przywitał, pewnie zepsułby jej występ. Z resztą, dlaczego miałby to robić? Procenty już zaczynały mieszać mu w głowie.
Nagle grupka trzech mężczyzn przykuła bardziej jego uwagę. Wyglądali na kompletnie spitych, poza tym wyraźnie szukali kłopotów. I coś mu się wydawało, że zmierzali w stronę dziewczyny, nie bawiąc się w śpiewy czy w tańce. Czegoś od niego chcieli i pewnie nie było to nic dobrego.
Obserwował. I był prawie gotowy zainterweniować w razie potrzeby. Nie dla niej. Dla siebie. Bijatyka zawsze dostarczała jakieś rozrywki, a każdy pretekst dobry...
Tak sobie mówił.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Dominica

avatar

Orientacja : Hetero
Wątki i powiązania : Skrzypce i ciasto moim życiem. A, i Francis i Arthur się mną opiekowali.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Proszę cię, jestem kierownikiem wodopoju.
User : Didime
Multikonta : nie mam C:
Liczba postów : 100
Join date : 21/04/2013

PisanieTemat: Re: Tawerna    Nie Sty 26, 2014 10:28 pm

// Dobra, post krótki, bo i ja mistrzem w pisaniu nie jestem, a zależało mi na czasie. Szczerze- nie zauważyłam, że opisałeś ;_; *Brawo dla mnie* Do tego trza ruszyć jakoś to forum, nioch, nioch ;_;//

Cóż, gra na skrzypcach była dla niej czymś niezwykłym. Każda minuta gry na tym instrumencie sprawiała jej niezwykłą przyjemność, satysfakcję. Przypominała o dzieciństwie, a szczególnie o tych pięknych chwilach z dziadkami, tych w dżungli, gdy na przykład upolowała pierwsze mięso, jak i wspólnych chwil spędzonych z opiekunami. Również i te na statku, gdy już jako barman, podróżowała pod banderą Zemsty Królowej Wiktorii.
Mimo lawiny wspomnień, zostawała czujna. Musiała w końcu wyczuć, czy wszystkim podoba się muzyka. Miała tak przecież zarobić. Musiała wkomponować się w ich gusta, co zawsze było najtrudniejsze.
Uważna była też ze względu na bezpieczeństwo. Wiedziała, że taką gówniarę może tu spotkać coś nie przyjemnego. Nie, żeby ktoś się tym przejmował, no nie? Kapitan, jak i sama zainteresowana mieli to w głębokim poważaniu, ale Alfred i Matthew na pewno zrobią jej wykład. Na przykład jak podczas tej ostatniej akcji.
Znów rozejrzała się po pokoju, chcąc wypatrzeć uczucia zebranych. Oj, coś zdawało się jej, że dziś posypie się dla niej trochę złota. Z uśmiechem spojrzała na barmana, który nawet nie krył zdziwienia. Kto by bowiem przypuszczał, że szesnastolatka rozrusza tę hołotę?
Zauważyła, że do niej zbliżają się mężczyźni, trzech. Nie wiedziała po co, ale na razie nie zaprzątała sobie głowy tym. Miała na nich oko, ale priorytetem była gra. Która i tak się powoli kończyła.
Niestety, oni cały czas się zbliżali, a ona udawała, że nic sobie z tego nie robi.
Sytuacja zmieniła się, gdy mężczyźni coraz bardziej się do niej przysuwali. Ona również, jakby proporcjonalnie i równolegle do oprychów, również przesuwała się- w drugą stronę.
Ciekawie jednak dopiero miało się robić.
Z jednej strony stanął jeden, z drugiej nadal napierał drugi, więc dziewczę musiało w końcu stanąć. Miało już ruszyć przed siebie, gdy i tę drogę ucieczki zagrodził jej jakiś owłosiony typ. Powoli wyciągał ręce w jej stronę, które bynajmniej nie kierował do jej dłoni, by jej pogratulować. Zanim jednak ją dotknął, dziewczę zdzieliło go smyczkiem po łapach, a gdy był zamroczony, dołożyła jeszcze w policzek.
- Łapy przy sobie~- powiedziała wychowanka dżungli, z charakterystycznym dla siebie, uroczym uśmieszkiem i czmychnęła pod jego rękami, zanim otrząsnął się z tego, co się stało.
Ta cała akcja sprawiła, że na chwilę przestała grać! A czas to pieniądz! Dalej grała więc swoją skoczną melodyjkę, przemieszczając się na drugi koniec pokoju, w kierunku, w którym znajdował się Chilijczyk, jakby nie zwracając uwagi na to, czy napaleńce idą za nią.
Bo idą. Była tego pewna.
Rozglądnęła się po pokoju po raz kolejny, szukając, kto w razie czego mógłby jej pomóc. Miała nadzieję znaleźć kogoś ze swojej załogi. Jednak zauważyła tylko chłopaka, który pomógł jej ze znalezieniem sklepu ze skrzypcami. Uśmiechnęła się do niego firmowo, i minęła go.
On jej w końcu nie pomoże. Sklep to jeden pieron, ale po co miałby się wstawiać za wrogiem w karczmie pełnej karków?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Tawerna    Sro Sty 29, 2014 6:31 pm

//Oj tam, oj tam, mój jeszcze krótszy ; ; ... mogłem Cię o tym powiadomić, mój błąd//

Co on właściwie robił? Obserwował zupełnie nieznaną mu dziewczynę z wrogiej załogi grającej na skrzypcach w tawernie, do której zbliżało się trzech oprychów. Nie był jego problem. Sam Jose wpadł jednak w dość bojowy nastrój, a poziom adrenaliny w jego organizmie zwiększył się bez szczególnego powodu.
On po prostu pragnął bójki. Niczym zwierzę trzymane za długo na uwięzi, miał ochotę rzucić się na kogoś i rozerwać mu gardło. No może niedosłownie, ale prawie. Miał ochotę na wiele rzeczy. A że Martina nie było w pobliżu...
I nic się w porcie od dawna nie działo. Było spokojnie. Za spokojnie.
Ta obca dziewczyna pewnie tak nie uważała. Widział, jak powoli zbliżają się do niej, coraz bardziej przyciskając ją do przysłowiowego muru. Zmarszczył brwi, gdy jakiś owłosiony typek zaczął się do niej przystawiać. Musiał jednak na chwilę oderwać oczy od całego w miarę interesującego wydarzenia, jako iż zdał sobie sprawę, że stał jak głupi na środku przejścia. Usunął się nieco na bok, prawie że ignorując padające w jego kierunku przekleństwa.
Gdy z powrotem odszukał jej wzrokiem, właśnie uderzyła go w policzek. Nie żeby wątpił w jej umiejętności, ale mężczyzna tak wielki jak ten musiał mieć więcej krzepy w rękach niż ona. Miała szczęście, że był taki pijany...
Minęła go, co znaczyło, że nagle znalazł się na ich drodze. Uśmiechnął się nieco drapieżnie, niemalże przystępując z nogi na nogę z niecierpliwości. Później przesunął się nieco w bok, żeby jeszcze bardziej zagrodzić im przejście.
-Zejdź mi z drogi - usłyszał warknięcie jednego z opryszczków, który nagle wyrósł przed nim. Jose zaśmiał się cicho, prosto w jego twarz.
- Możesz przejść obok- odparł spokojnie, chociaż nie była to do końca prawda. Tawerna już wcześniej była zatłoczona, ale zdawało się, że ludzi tylko przebywa. Poza tym stałych bywalców przyciągnęła nagle napięta atmosfera. Byli jak rekiny, które wyczuwały krew na kilometry i od razu zjawiały się, aby zeżreć ofiarę. Z tym wyjątkiem, że ci woleli sobie popatrzeć, jak inni okładają się po mordach.
Chilijczyk oczekiwał, że w tym momencie właśnie zostanie zaatakowany i się nie zawiódł. Pięść powędrowała w kierunku jego twarzy i to całkiem szybko, jak na takiego pijaczynę. Brunet odskoczył lekko na bok, przez co nie został trafiony.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Tawerna    

Powrót do góry Go down
 
Tawerna
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Pirate Hetalia :: 
 :: 
A r c h i w u m
-
Skocz do: