IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 CHILE

Go down 
AutorWiadomość
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: CHILE    Sro Kwi 04, 2012 5:22 pm

Imię: Jose

Nazwisko: Rodriguez

Ekwipunek:* Garłacz oraz kordelas. Oraz jakieś mapy i pergaminy, żeby się nie nudził, jeśli można.

Hierarchia:* Bosman Niebieskich/Największy kretyn w porcie/Ostoja niebieskości!

Charakterystyka:
Źródłowe mapki >C
Mapa 1830:
 
Dzisiejsza mapa:
 


  • Wygląd:
    Patrząc najpierw na mapę Chile z 1830 roku, a potem na tą dzisiejszą, można dojść do prostego wniosku- terytorium tego państwa powiększyło się. I to znacznie. Oczywiście, to całkowicie normalne. Dziecko rośnie. Jose też rósł. Ważne jest jednak zwrócenie uwagi na to w jaki sposób. A jaki? Ano na długość. Obecnie rozciąga się na całe 4,3 tys. km. długości. Tymczasem prawie w ogóle nie urósł wszerz- w najszerszym miejscu ma zaledwie 468 km. Jose jako osoba jest więc całkiem wysoki, a przy tym nieproporcjonalnie chudy- powiedzenie, że szczupły byłoby eufemizmem nieoddającym sytuacji- żylasty i prawie że pozbawiony mięśni ramion. Można by się wręcz spytać, co taki patyk jak on robi na pirackim statku?! Pozory! Pozory mylą, on ma w tych swoich chudych rękach i nogach więcej siły, niż można by przypuszczać, a wymierzone przezeń kopniaki naprawdę bolą! Jest stosunkowo młody i to widać. Na pewno nikt nie pomyliłby z człowiekiem starym, no chyba, że miałby problemy ze wzrokiem. Już prędzej mógłby zostać zakwalifikowany jako dziecko czy młodzieniec, ale bez przesady. Jest już dorosły, jest mężczyzną, a nie chłopcem. Poza tym, sporo już w swoim życiu przeszedł. Całe jego ciało pokrywają bowiem blizny, które niosą ze sobie jego historię. Chociaż raczej nikomu jej nie opowiedzą, on z resztą również nie będzie chętny do zwierzeń. Chyba największa zdobi jego plecy- naprawdę długa, chociaż już dawno zaczęła blednąć. Latynos z krwi i kości. Świadczy o tym charakterystyczna cera i lekko oliwkowy odcień skóry, jak również rysy twarzy. Metys, ma w sobie krew zarówno człowieka białego, jak i rdzennego mieszkańca Ameryki. Niektórzy powiadają, że Latynosi są przystojni. Jako iż o gustach się nie dyskutuje, tą kwestie należy pozostawić ocenie własnej. Włosy ma w barwie brązu na pograniczu czerni. Są dość krótkie. Osobiście zapewne utrzymywałby je we względnym porządku, ale paru ludzi, a w szczególności jeden człowiek, lubią je mierzwić, bawić się nimi, przez co są całe potargane. Jest na to nawet artystyczne określenie! Siano. Oczy ma ciemne, spojrzenie ostre, na twarzy zazwyczaj gości niezbyt wesoła mina. Nie wygląda jak człowiek, który cieszy się życiem. Chodzi dość pewnym krokiem, utrzymując wyprostowaną sylwetkę, trzymając głowę w górze. Ubiera się praktycznie. Woli ubrania proste niż te wielce ozdobione, dlatego też jak dla niego wystarcza biała koszula, cienkie spodnie i wysokie, czarne buty. Kapelusz? Po co? Co najwyżej czasem założy płaszcz, ale to wtedy, gdy jest zimno.

  • Charakter:
    Jego charakter jest, wbrew pozorom, złożony i dość skomplikowany. Tutaj znów wypadałoby sięgnąć po współczesną mapę, bo geografia i w tym wypadku ma coś do rzeczy. Wydaje się bowiem, że Chile jest lekko odizolowany od reszty swojego kontynentu. Od północny Atakama, od wschodu Andy, od południa Ziemia Ognista (która jest jego, a nie jego brata!), a z zachodu Pacyfik. Sam Jose jest również takim lekkim odludkiem, któremu zdarza się stronić od towarzystwa czy budować wokół siebie mury. Czy, w jego przypadku, góry. Pełen dziwnej rezerwy, nie ufa prawie nikomu, no chyba, że ten naprawdę na to zasłużył. Ale jak już zaufa, to pewnie będzie ufał i na zawsze. Chyba, że ktoś potem to zaufanie wykorzysta, zawiedzie. Biada komuś takiemu! Jose nie wybaczy czegoś takiego. Tu chodzi przecież o jego uczucia! Które ma, nawet jeśli stara się ukrywać te pozytywne i ukazywać światu jedynie zirytowanie. W końcu po co się ma obnosić ze swoimi sentymentami i słabościami, to kompletnie niepraktyczne i do niczego dobrego go nie doprowadzi. W końcu ktoś mógłby to wykorzystać, i co wtedy? Kłamanie przychodzi mu z naturalną łatwością, jego słowa bywają też pełne niedomówień. Dlatego też zazwyczaj nie można być pewnym, czy w danym momencie przypadkiem nie zmyśla. A może jednak mówi prawdę? Tego nie wie nikt. Zdarzają się sytuację, w których te kłamstwa rzucają się w oczy nawet największym naiwniakom. Ma bowiem tendencję do zaprzeczenia niektórym oczywistym faktom, zwłaszcza dotyczącym jego zdrowia i samopoczucia. Nie przyzna się do tego, że coś go boli, bo ktoś go ciachnął mieczem, czy do tego, że jest chory. Woli udawać, że wszystko jest w porządku i ukrywać to, co uznaje za słabość. Jego „to nic takiego” może znaczyć zarówno to, że naprawdę wszystko jest w porządku lub że właśnie umiera z bólu. Jeśli już się przyzna, to znaczy, że rzeczywiście jest źle, bardzo źle. Ale danego słowa dotrzymuje! No chyba że zainteresowana osoba o tym nie pamięta, wtedy nie ma co przypominać. Ale jeśli obieca, to można być spokojnym. Irytują go ludzie, którzy za dużo mówią, chociaż czasem przyznaje, że takowi okazują się zbawieniem, gdy cisza staje się niezręczna. Sam stara się wyrażać krótko, zwięźle i treściwie. Właśnie, stara się! Często średnio mu to wychodzi. Gdy się wkurzy, o co u niego nietrudno, może dostać słowotoku i walnąć długie przemówienie wypełnione średnio sympatycznymi epitetami, a za to z brakującym sensem merytorycznym. Może wydać się, że jest arogancki i pewny siebie... Od czasu do czasu. Ale fakt jest taki, że po prostu jest człowiekiem pełnym dumy i honoru. Urazić go nietrudno, o ile ktoś wie, w które punkty uderzać. W sporej ilości sytuacji nie przejmuje się opinią innych, ale niektóre słowa i zachowania wpływają na niego negatywnie za każdym razem, nieważne ile razy powtórzone.
    Ale zaraz... Po dłuższej rozmowie okazuje się, że wcale nie gryzie! Wręcz przeciwnie, można z nim pogadać całkiem normalnie, a od czasu do czasu nawet służy dobrą radą czy pomocą! Ano, przy bliższym poznaniu dowiedzieć się można o nim ciekawych rzeczy. Na przykład tego, że potrafi się uśmiechać i śmiać jak prawdziwy człowiek. Chodzi po prostu o to, że całkiem spora część charakteru Jose to po prostu pozory, a pod nimi kryje się człowiek całkiem miły i, o zgrozo, wesoły. W końcu to Latynos! W końcu lubi się bawić! I wcale nie jest pracoholikiem, po prostu woli najpierw odrobić robotę, dopiero później odpoczywać. Ale w życiu nie dokłada sobie pracy na barki! Jasne, że woli sobie poleniuchować!

  • Relacje:
    Te na podstawie prawdziwych relacji |’: Głównie z pamięci, więc mogą być jakieś zgrzyty.
    Hiszpania- ojciec i matka w jednym! A tak serio, przez długi, długi okres Jose był przez niego wykorzystywany. Jasne, przyniósł cywilizację, ale... Choroby, krew i ból razem z nią. A kolonia, jak to kolonia. Sam wyzysk! Nie to, że go szczególnie nienawidzi, ale cieszy się, że się od niego usamodzielnił.
    Peru- braciszek! Albo raczej bracicho. Ma z nim na pieńku z powodu wojny o saletrę, podczas której pozbawił go części terenu. Ale to tylko dlatego, że Peru poparł wtedy Boliwię! Nie Chile wina! Za czasów kolonialnych Chile było częścią Wicekrólestwa Peru, więc, tak jakby, mieszkali i wychowywali się razem.
    Boliwia- kolejny brat, który chce go zamordować. I wrzucić jego szczątki do Pacyfiku, do którego dostępu Chile go pozbawił. Straszna sprawa, naprawdę.
    „Wojna o Pacyfik pozostawiła w świadomości obywateli Chile, Peru i Boliwii głęboki ślad, którego skutki nadal wpływają na kształt stosunków między tymi trzema państwami.”*
    Argentyna- ... brat. Tu sprawa jest o tyle ciekawa, że drą ze sobą koty od bardzo dawna. O Patagonię, o Ziemię Ognistą, o Kanał Beagle, o wszystko, co tylko się da- a mają o co, w końcu graniczą ze sobą na takim długim odcinku. Ale ciekawe, czy któryś z nich pamięta, że Chile uzyskało niepodległość z pomocą Argentyny, z pomocą Jose de San Martina?
    Inne hiszpańskie kolonie- rodzeństwo, z którym ma to lepsze, to gorsze stosunki. Ogólnie lwia część Ameryki Południowej i Środkowej.
    Wielka Brytania- tak jak niemal wszystkie hiszpańskie kolonie, po uzyskaniu niepodległości znalazł się pod wpływami UK. Kontrolował on niemalże wszystko, chociażby taki handel.
    USA- czyli ten, który z biegiem czasu zajął miejsce UK.
    „Bójka w barze w Valprasio, z udziałem marynarzy z amerykańskiego okrętu i chilijskich policjańtwó, wywołała incydent dyplomatyczny w 1891 roku. W rezultacie rząd Chile był zmuszony przeprosić Stany Zjednoczone”** ... |<
    I te fajniejsze, na podstawie forum!~
    Najpierw chyba trzeba wspomnieć o Martinie (Argentyna). Od najmłodszych lat uwielbiali wręcz lać się po mordzie i rywalizować na wszelkie możliwe sposoby. Kłótnie? Dla nich to chleb powszedni. I dalej tak jest, chociaż... Cóż, z biegiem czasu połączyły ich dość specyficzne uczucia. Ważną osobą jest Gilbert (Prusy)- kapitan jego statku. Jose darzy go szacunkiem, chociaż jego lojalność powoli zaczyna słabnąć. Może i jest dobrym przywódcą, ale ostatnimi czasy mocno zaniedbywał ich załogę. Są jeszcze kompani ze statku- Raivis (Łotwa), Feliks (Polska) i Berwald (Szwecja) to osoby, które szczególnie się przywiązał. A, i nie można zapomnieć o Javierze (Rapa Nui)! Toż to jego młodszy brat- kanibal, którym trzeba się od czasu do czasu zająć.
    Jeśli zaś chodzi o wrogów, jest wśród nich więcej przyjaciół, niż można by się spodziewać. Z pewnością do przyjaciół zaliczyć może Victorię (Seszele), która nie raz już składała go do kupy gdy odniósł rany. Oprócz tego nienajgorsze stosunki ma również z Alfredem (USA) i Dominicą (... Dominica xD) Nie tak kolorowo jest już z Kiku (Japonia). Tak naprawdę nie wie za bardzo, co o nim myśleć. Z jednej strony trudno jest nie podziwiać jego szermierczych zdolności, z drugiej naprawdę go nienawidzi. No i jego tak jakby ciocia Maria (Portugalia). Oboje jednak chyba zapomnieli, że są jakby rodziną i wcale się do siebie nie przyznają. A jeśli chodzi o Arthura (Anglia)... Nie będę podejmować się definiowania ich relacji. Za trudno!

  • Historia:
    Żeby dobrze opowiedzieć dzieje Jose, trzeba najpierw zerknąć pobieżnie na losy Chile. Został skolonizowany przez Hiszpanię, później, z pomocą Argentyny, uzyskał niepodległość. W odróżnieniu do większości swojego rodzeństwa, bardzo szybko osiągnął jako taką stabilizację. Jego kraju nie rozsadzał od środka konflikt konserwatystów z liberałami. Dość mocne wpływy miał u niego najpierw UK, potem USA. Powiększył swoje terytorium poprzez wojnę z Boliwią i Peru, oraz konflikty z Argentyną. Mocnym wstrząsem było przejęcie władzy przed Pinocheta, który wprowadził dyktaturę. Za jego rządów prawie że doszło do wojny z Argentyną o Kanał Beagle, Martin jednak ostatecznie zaatakował Falklandy, a nie Chile. Jose wsparł w tym konflikcie UK, jako iż obawiał się, że przy wygranej Argentyny to on będzie drugi na liście. Później rządy Pinocheta skończyły się, a Chile powoli ponownie zaczął się stabilizować. Dość ważnym wydarzeniem było jeszcze ogromne trzęsienie ziemi w 2010 roku. (pisane również z pamięci, więc znów, mogą być zgrzyty *po co sięgać do źródeł? No po co? |: *)
    Jeśli mamy już ten bezsensowny wstęp za sobą, przejść można do historii Jose Rodrigueza, bosmana załogi Prusaka.
    Wcale nie urodził się piratem, w pierwszych latach nawet nie wyobrażał sobie, że swoje życie zwiąże z morzem, ze statkami, z mapami. Przyszedł na świat blisko Santiago de Chile, na kontynencie południowoamerykańskim. Był synem kolonisty i tubylca, stąd w jego żyłach płynie częściowo indiańska krew. Tak naprawdę nigdy nie poznał swojego ojca, który pochodził z Hiszpanii, wychował się jedynie z matką. Wczesne lata przeżył w miarę radośnie, na wsi, bez wielkiego bogactwa. No ale był wtedy dzieckiem, nie zwracał uwagi na takie rzeczy dopóki miał co jeść.
    Potem jednak jego matka została zamordowana. Nie pamięta dokładnie tego zdarzenia, nie potrafiłby opowiedzieć, co właściwie się stało. Trudno to teraz rozstrzygnąć, to dawne dzieje, które jednak miały wpływ na jego charakter i dalsze życie. Niedługo potem został zaadaptowany przez Hiszpana Antonia. Zamieszkał z nim oraz ze swoim przyszywanym rodzeństwie w całkiem sporym domostwie. Na początku po prostu izolował się od swoich nowych braci, nie wyrażając szczególnej chęci do przystosowania się do nowego życia. Tkwił w swojej dziecinnej upartości i agresywności przez długi, długi czas. Dość często wplątywał się w bójki z chociażby Martinem. Wystarczało jedno słowo, jedne krzywe spojrzenie, a już skakali sobie do gardeł niczym zwierzęta. Jedynym jego talentem był niezwykły talent do nauki czytania i pisania. Nauczył się tych dwóch rzeczy w zastraszającym tempie. Potrafił godzinami ślęczeć nad pergaminem, stawiając nieco koślawe znaczki czy czytając wszystko, co tylko wpadło mu do rąk. Pierwsze spotkanie z mapą zaowocowało zaś początkiem przedziwnej miłości do kartografii.
    Czym był starszy, tym jego bunt wzrastał na sile. Martin tylko go podjudzał do postawienia się ich wychowawcy, sam chyba zamierzając zrobić to samo. Jose postanowił uciec z domu- praktycznie bez środków do życia i pomysłu na to, jak niby ma przetrwać. Miał wtedy piętnaście lat, głowę pełną i głupot i kompletnie bezsensowne poglądy. Decyzja podjęta w przypływie impulsu niemalże wrzuciła go w ramiona śmierci. Tyle że ostatecznie wcale go nie zabiła. Dotarł do portu na tyle zmęczony, że nawet nie miał siły zachłysnąć się bezkresem oceanu.  
    Kolejny impuls doprowadził do kolejnej decyzji, która nie wynikała ze zdrowego rozsądku. Zaciągnął się bowiem na statek płynący na północ, w kierunku Ameryki Środkowej. Nie był to statek piracki, a zwykła handlarska łajba. Nie było kolorowo. Nie było tak, że gdy tylko pozostawił nogę na pokładzie, poczuł, że tu jest jego miejsce na świecie. Co to to nie! Tak naprawdę na początku bardzo cierpiał na chorobę morską. Jose był wtedy szczurem lądowym,  kompletnym ignorantem jeśli chodziło o żeglugę. Uczył się jednakże na tyle szybko, że przeżył. W końcu przyzwyczaił się do kołysania, a wręcz polubił je.  Powoli, na początku niezauważalnie, zaczął się zakochiwać w oceanie. Nie wiadomo kiedy awansował na rangę sternika. Nawigator tamtego statku był chętny to opowiadania o prądach, pogodzie, mapach, lądach, wyznaczaniu trasy... A Chilijczyk mógłby o tym słuchać godzinami. Jose zaczął coraz bardziej przyswajać jego nauki, zyskując doświadczenie i wiedzę. Zaczął samodzielnie szkicować mapy. Załoga stała się dla niego niemal rodziną.
    Pewnego dnia człowiek imieniem Augusto wywołał bunt, obalił kapitana i sam się nim obwołał. Nie można było zaprzeczyć, prowadził ich bezpiecznie przez morza. Ale trzymał wszystkich żelazną ręką, wielu załogantów zginęło przez niego praktycznie bez winy. To były dość ciemne czasy dla statku. Lojalność słabła, zastąpiona strachem przed karą. Ich morale zostały ostatecznie podkopane, gdy na pokładzie zapanowała epidemia. Potem zaś, gdy płynęli w stronę Tortugii, spotkał ich sztorm.
    Tamten dzień Chilijczyk pamięta boleśnie mocno. Ocean okazał swoje straszliwe oblicze, bezlitośnie uderzając w statek ogromnymi falami. Jose pamiętał jak kulił się przywiązany do masztu, oszołomiony szumem wody. Pamiętał jak jedna z fal porwała go, przetoczyła po całym pokładzie i niemalże zabrała go ze sobą na głębiny. Na szczęście jednak lina okazała się wystarczająco mocna. Przeżył. Mocno poturbowany, w szoku, z raną na plecach, ale przeżył.
    Gdy wreszcie dobili do portu, okazało się, że choroba w połączeniu ze sztormem praktycznie zniszczyła załogę. Kapitan? Gdzieś znikł, najprawdopodobniej zabrany przez morze. Tymczasem resztki pozostałe przy życiu rozpierzchły się na wszystkie strony, a Jose został sam. Bez niczego oprócz broni i przemoczonego ubrania.
    Los jednak chyba wreszcie się nad nim zlitował. Chilijczyk niemalże od razu wpadł na niego. Prusak zrobił na nim niesamowite wrażenie już samym wyglądem- białe włosy i czerwone oczy?!- poza tym było w nim coś, co pozwalało sądzić, że był doskonałym przywódcą. Jose wyraził chęć dołączenia do jego załogi, udowodnił, że posiada pewne zdolności i dostał posadę nawigatora, która jak najbardziej mu odpowiadała.
    Stał się piratem, chociaż nigdy tak naprawdę nie zależało mu na takim życiu. Ale przynajmniej dalej żeglował. Za bardzo pokochał morze, żeby się z nim pożegnać.
    Potem na tym statku pojawił się Martin. Wtedy właśnie Jose zdał sobie sprawę, że nigdy nie uda mu się uciec od przeszłości. Przeszedł taką długą drogę, a ona nadal jakimś cudem go doganiała... Wreszcie udało mu się to zaakceptować.
    Stosunkowo szybko awansował na stanowisko bosmana. Żył sobie pirackim życiem, a potem zachorował i został porwany przez wrogi statek.
    Brak szczęśliwego zakończenia.


ŹRÓDŁA:
-Cytaty:
Marshall C. Eakin „Historia Ameryki Łacińskiej. Zderzenie kultur”, strony:
* 241
**238
-Istniejące już OC Chile wykorzystywane szeroko przez latynoską społeczność.
-Moje inne KP Chile.
-Moja głowa.


Pierwsza edycja, 25.02.13
Edycja edycji, 18.08.13.


Niech niebieski będzie z wami!


Ostatnio zmieniony przez Chile dnia Nie Sie 18, 2013 6:05 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Admin

avatar

Orientacja :
Ekwipunek : -
Wątki i powiązania : -
Po jakiego czorta jesteś na statku? : -
Liczba postów : 444
Join date : 18/02/2012

PisanieTemat: Re: CHILE    Nie Sie 18, 2013 5:59 pm

Załoga: Statek Wielkiego i Wspaniałego Prusa
Hierarchia: Bosman
Ekwipunek: Garłacz oraz kordelas. Oraz jakieś mapy i pergaminy, żeby się nie nudził, jeśli można.

DOCZEKAŁEŚ SIĘ. PO TYLU LATACH... MOŻESZ LEGALNIE PISAĆ NA FABULE.



*Wstaje i zatacza się*
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
 
CHILE
Powrót do góry 
Strona 1 z 1

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Pirate Hetalia :: 
 :: 
A r c h i w u m
 :: Stare Karty Postaci
-
Skocz do: