IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Nawiedzony Okręt

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next
AutorWiadomość
Japonia

avatar

Orientacja : T-To nie jest miejsce na takie wyznania...|!
Ekwipunek : Szabla, dwa japońskie sztylety - po jednym w każdej cholewie buta, stary i wyświechtany zwój przedstawiający rysunek gejszy, zgrabna, japońska fajka.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Gdyby się to wydało, miałbym bardzo poważne problemy...
Multikonta : brak
Liczba postów : 200
Join date : 14/10/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Pon Lis 12, 2012 3:57 pm

Marszcząc nos na wszędobylski, słodko-gnijący swąd, który po wejściu na okręt stał się niemalże namacalny, zerknął przez ramie by przyjrzeć się zmaganiom młodzika. Mógł mu pomóc, to prawda... Nie kosztowałoby go to ani wiele siły, ani też wysiłku, ale skoro nie miał w tym żadnego interesu a on i tak z własnej, nieprzymuszonej woli koniecznie chciał wchodzić za nim na przeklętą łajbę, absolutnie nie czuł takowej potrzeby. Wręcz przeciwnie, bo przez krótki ułamek sekundy pokusiłby się nawet o przydepnięcie mu palców. I być może byłby to najsłuszniejszy wybór... Nikt o zdrowych zmysłach nie powinien błąkać się po tym opustoszałym wraku.
Schował sztylety i bezwiednie potarł dłonią prawe ramie, zupełnie ignorując Chilijczyka. Czyżby się mylił...? "Opustoszały"... Nie. To miejsce nie było kompletnie opustoszałe... I to bynajmniej nie tylko ze względu na trójkę nierozważnych piratów, którym zebrało się na zabawę w poszukiwaczy przygód. Obecność CZEGOŚ, czego nie dało się nazwać i co zdawało się ich obserwować od kiedy postawili stopy na pokładzie, wydawała się jeszcze bardziej przytłaczająca niż mgła, która zalała większą część portu. Przytłaczająca i w jakiś sposób dusząca.
Kiku cofnął się pół kroku, czując jak zimny pot dość niespodziewanie zalewa mu kark i plecy. Nie powinien tutaj być... Cóż za idiotyczne myśli popchnęły go do czegoś tak skrajnego?! Niech dzieciak robi co chce... On zamierzał wrócić na własny okręt. Nie umrze w takim miejscu jak TO!
Ledwie odstawił piętę, jak grunt zadrżał mu pod stopami. Zdając się naj instynkt, odskoczył jak oparzony. Na nic to jednak.
- ...?! - drewno pod stopami zaskrzypiało a potem... ponownie "obsunęło" się w miejscu w którym wylądował. Lodowaty dreszcz strachu przeszedł go od głowy po same palce stóp, których w tym momencie nie był już w stanie zobaczyć. Wyglądało to tak, jakby część pokładu pod nim zamienił się w paćkowatą breje, która teraz... pochłaniała go.
- K-Kuso...! - zaklął, pamiętając aby nie dać się ponieść panice. Dłońmi usiłował wymacać kawałek stałego gruntu, podczas gdy breja wsysała go pod pokład z odgłosami ciamkania.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Wto Lis 13, 2012 2:01 pm

Jose w żadnym razie nie oczekiwał pomocy, pewnie również nie zdziwiłby się gdyby został zepchnięty. Najprawdopodobniej wręcz uznałby mężczyznę za jakiegoś świra, gdyby ten wyciągnął w jego stronę rękę. Doskonale zdawał sobie sprawę, że miał do czynienia z piratem, a nie jakimś gościu o rycerskim sercu.
Może i poczułby się urażony? W końcu był sobie w stanie poradzić sam, nie miał już pięciu lat.
Czysty przypadek sprawił, że to nie on wpadł w dziwną, niezrozumiałą pułapkę. Gdyby wspinał się parę sekund dłużej pewnie również utknąłby... W tym czymś. Los jednak chciał, żeby Chilijczyk został wolny, podczas gdy jego... Towarzysz? Nie, to nie było dobre słowo. Podczas gdy mężczyzna, który wszedł na pokład razem z nim, wciągany był gdzieś. Przez coś.
Brunet odwrócił się w jego stronę i przez parę sekund wpatrywał się bez emocji, jak czarnowłosego coś wsysało. Nie czuł potrzeby pomocy. Wręcz przeciwnie, odsunął się o parę kroków, żeby na pewno nie ucierpieć. Strach? Odczuwał go wcześniej. I racjonalnie też powinien odczuwać. Ale dziwna fascynacja niewytłumaczalnym zjawiskiem zagłuszała wszelki głos rozsądku. Ucieczka wyleciała mu z głowy.
Rozejrzał się po pokładzie od niechcenia. Jego wzrok padł na stary, dłuższy kawałek liny przywiązany do zniszczonego masztu. Z tego co widział, dość porządnym żeglarskim supłem. Podszedł do niego powoli, ostrożnie stawiając kroki. W każdej chwili był gotów do natychmiastowego działania. Rozejrzał się, pochylił, a potem rzucił Japończykowi jeden koniec liny. Tak powinno się postąpić przy wpadnięciu do bagna.
Nie, to nie był bezinteresowny gest. On po prostu chciał wiedzieć jak silna jest breja. Eksperyment na człowieku, chora potrzeba zaspokojenia ciekawości- potencjalny ratunek tylko przy okazji. Niektórym taki sposób myślenia mógłby się wydać okropny, o ile oczywiście zrozumieliby jego intencje. Ale co z tego?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Japonia

avatar

Orientacja : T-To nie jest miejsce na takie wyznania...|!
Ekwipunek : Szabla, dwa japońskie sztylety - po jednym w każdej cholewie buta, stary i wyświechtany zwój przedstawiający rysunek gejszy, zgrabna, japońska fajka.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Gdyby się to wydało, miałbym bardzo poważne problemy...
Multikonta : brak
Liczba postów : 200
Join date : 14/10/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sro Lis 14, 2012 3:54 am

Czując jak serce podchodzi mu pod gardło kiedy coś wyraźnie "zahaczyło" o podeszwę jego, utopionego gdzieś pod powierzchnią pokładu buta, zamarł w niemal całkowitym bezruchu. Obserwował falującą breję, wciągającą go coraz głębiej i głębiej. Dziwne, postępujące drętwienie przechodziło go od samych palców stóp aż do pasa, do którego drewniane bagno zdążyło go już pochłonąć. Właśnie dlatego nienawidził postępować wbrew zasadom, wedle których go wychowano... Nie mógł oczywiście zaprzeczyć, że mimo naturalnej obawy o własne życie, cała ta sytuacja nie była w jakiś niewytłumaczalny sposób fascynująca, ale jako iż aktualnie "wciągała" go ona nazbyt bezpośrednio, musiał odłożyć wszelką chęć przyglądania się zjawisku.
Pomoc za to, przyszła chyba jeszcze bardziej nieoczekiwanie niż sam fakt zaistnienia całego incydentu.
- ...? - spojrzał nieufnie w stronę chłopaka, a następnie na linę, która dosłownie sekundę wcześniej pacnęła przed nim z cichym mlaśnięciem. Usiłował tym coś zyskać czy też nie, - Kiku nie za bardzo miał teraz czas żeby się nad tym zastanawiać. Pochwycił za to linę i obwiązał się nią pod ramionami, a następnie wychylił maksymalnie, aby sięgnąć jak najdalszej jej części i złapawszy się mocno, wysilić wszystkie mięśnie ramion w próbie wyswobodzenia zatopionej już reszty ciała. Początkowa ulga jednak, była jedynie przykrą ułudą. Już w następnej bowiem chwili, kiedy wydawało się, że gęsta breja zaczyna powoli wypuszczać go ze swych lepkich objęć, pokład dookoła niego zafalował lekko, a następnie zaskrzypiał w kilkunastu miejscach naraz, dość złowróżbnie.
- ...??? - mrużąc oczy, rozejrzał się zaniepokojony. To co zaraz potem zobaczył, zmroziło mu krew w żyłach. Dobrzy bogowie... Co to u licha za miejsce...?
Jakieś dwadzieścia metrów od nich, część pokładu wybrzuszyła się wyraźnie ku górze i zaczęła ku nim sunąć. Najpierw powoli, później coraz szybciej, kierując się wprost na Chilijczyka.
- Na beczki... - spojrzał na młodzieńca rozkazująco. - Na co czekasz??? - ofukał go, zaciskając dłonie na linie.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sro Lis 14, 2012 2:23 pm

Dziwne dźwięki, trzaski, a poza tym nienaturalne kołysanie. Jose przyglądał się jak część pokładu podnosi się nieco. Z jego ust wyrwało się jedno z jego gorszych przekleństw.
No cóż. Zazwyczaj nie słuchał rozkazów nieznajomych piratów. Chyba że polecenie było rozsądne i wydawało się być jedynym wyjściem z zaistniałej sytuacji. Nie mówiąc już o tym, że zapewne zrobiłby coś podobnego i bez wskazówki.
Wzrokiem wyszukał najbliższych beczek i ruszył w ich stronę biegiem. Wiedział, że to coś go goniło. Nie zerkał więc za ramię, aby na to spojrzeć, spowolniłoby go to tylko. Oglądanie się było w tej sytuacji bezsensowne- albo ucieknie, albo nie. Jedyne co mu mogło pomóc to szybkie nogi.
Mógłby wskoczyć na „wysepkę” znacznie szybciej. Bał się jednak, że gdyby odległość była za duża, wylądowałby z zbyt wielką siłą. Uderzenie mogłoby roztrzaskać stare, spróchniałe drewno, co nie było zbytnio pożądane.
W końcu jednak Jose odbił się od pokładu- zdawało mu się, że skoczył akurat w momencie, gdy dziwne zjawisko go dogoniło- i osiągnął swojego celu . Zachwiał się, jednak w ostatniej chwili złapał równowagę. Oddychał za szybko, serce chyba chciało wyrwać mu się z piersi. Przyczyną nie był wysiłek, tylko strach.
Dobrze, muszę się uspokoić, pomyślał. Zachowanie zimnej krwi było kluczem do bezpiecznego wyjścia z tamtej nienormalnej sytuacji. Obrona przed ogarniającą go powoli paniką była jednak zaskakująco wręcz trudna.
Poza tym nie miał nawet czasu, aby poczuć się pewniej. Trzask. Beczka, na której stał, zatrzęsła się mocno, jakby ktoś silny stanął pod nią i zaczął nią machać nad głową. Brunet błyskawicznie kucnął, nie chcąc spaść. Palcami wbił się wręcz w szpary między deskami. Gdyby nie fakt, że był przyzwyczajony do nieustannego kołysania okrętu, zapewne już by spadł. Nie zostało mu jednak wiele czasu. Nie mógł przecież utrzymywać się przez wieczność.
Wiedział jednak, że zejście czy zeskoczenie skończy się dla niego źle. Coś chciało, żeby zszedł. Coś, co raczej nie miało zbyt dobrych zamiarów.
Szkoda, że nie miał już tej liny.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Japonia

avatar

Orientacja : T-To nie jest miejsce na takie wyznania...|!
Ekwipunek : Szabla, dwa japońskie sztylety - po jednym w każdej cholewie buta, stary i wyświechtany zwój przedstawiający rysunek gejszy, zgrabna, japońska fajka.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Gdyby się to wydało, miałbym bardzo poważne problemy...
Multikonta : brak
Liczba postów : 200
Join date : 14/10/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Czw Lis 15, 2012 10:32 am

Widząc jak "COŚ" dogania Chilijczyka, spiął się mimowolnie i trochę nerwowo szarpnął za linę, wysilając się w próbę wyswobodzenia z usidlającej go pułapki. Statek oraz to wszystko co się na nim działo, przypominało mu sceny rodem z najgorszych koszmarów jakie tylko mogły mu się kiedykolwiek przyśnić. Kiku nie bał się tego co materialne i co można w łatwiejszy lub trudniejszy sposób zranić. Jeśli wiesz co robić aby przeżyć, nie masz powodu do strachu. Co jednak mógł zdziałać w sytuacji takiej jak ta? W sytuacji, która przerastała wszelki sposób pojmowania a otaczająca go rzeczywistość zdawał się być pozbawiona jakiejkolwiek logiki?
Poczerwieniał z wysiłku jaki wkładał w napinanie mięśni ramion i całej reszty jaka tylko mogła mu pomóc w wyswobodzeniu ciała.
Nie wydawało mu się jak pomyślał w pierwszej chwili, bo wreszcie powoli acz systematycznie, zaczął uzyskiwać pożądany efekt. I byłoby naprawdę piękne i kolorowo, gdyby tylko "COŚ" nie wyczuło, że jego pierwsza ofiara nie próżnuje podczas gdyby ono najpierw usiłowało strząsnąć drugiego "chętnego", a zaraz potem wciągnąć go w pokład razem z nią. Beczka zapadała się w ponownie dziwnie zmiękczonym gruncie, lecz gdy już w ponad 3/4 znalazła się wessana w deski - zamarła nagle. Wybrzuszenie w pokładzie zafalowało, a potem urosło jeszcze odrobinę i okrążyło najpierw tymczasowe miejsce ucieczki chłopka, a później walczącego zaciekle o przetrwanie Kiku. Zacieśniało kręgi coraz szybciej i szybciej, powodując nieprzyjemne, wyczuwalne drgania w powierzchni, aż w końcu, zupełnie nagle, znajdując się nie więcej niż 2-3 metry od Japończyka, zapadło ponownie w pokład.
- ...hah. - jeszcze raz zastygł w bezruchu, rzucając chłopakowi pytające spojrzenie. Przez ułamek sekundy niemal poczuł ulgę. Ułamek... Zaraz potem wyprężył się i zacisnął zęby, czując nagły, przeszywający ból w łydkach. Miał wrażenie jakby coś zacisnęło na nich metalowe kleszcze, rozgrzane do granic możliwości. Szarpnęło nim i znowu znalazł się podtopiony jeszcze głębiej, prawie po samą szyję. Złapał kilka szybkich, płytkich wdechów, jednorącz przytrzymując się jeszcze sznura.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chiny



User : Katze-Fresse
Liczba postów : 348
Join date : 27/09/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Pią Lis 16, 2012 1:14 pm

Uderzenie, które go zamroczyło było...dość silne. Zwłaszcza jeśli jest się takim delikatnym dzieciakiem jak Raivis. Silny ból z tyłu głowy był tym, co chłopiec poczuł tuż po obudzeniu. Zacisnął powieki, przeklinając w myślach swoją głupotę. Powinien był się przyzwyczaić, że najgorsze z możliwych rzeczy przydarzają się właśnie jemu, jakże by inaczej...Zaczął lekko drżeć na całym ciele, gdy dotarło do niego, że jego ubranie jest nadal przemoczone, co niemal na pewno skończy się jakąś przeklętą chorobą.
Następnie dotarł do niego głośny szum fal, który nie był jego wyobrażeniem, i silny odór zgnilizny. W takim otoczeniu nie dałoby się spać, chociaż blondyn jeszcze na chwilę chciał się udać w objęcia Morfeusza, nie musieć słuchać tego głosu, który brzmiał jakby należał do jakiegoś starca...
Zaraz. Gilbert nigdy nie pozwoliłby, żeby jego statek tak śmierdział. Mimo że naprawdę był idiotom przekonanym o własnej wyższości, to dbał statek i o załogę (Łotysz oczywiście się do niej nie zaliczał). Dodatkowo ten głos... Załoga jego statku liczyła naprawdę niewiele osób i żadna z nich nie miała takiego głosu.
Chłopiec uniósł powoli powieki, kilka razy nimi zamrugawszy. Odór był tak silny, że szczypał w oczy i kilka perlistych łez wypłynęło z nich, ściekając po policzkach blondyna. Powoli zmienił pozycję na siedzącą i otaksował spojrzeniem pomieszczenie w którym się znajdowali.
Ach tak, głupia ciekawość zaprowadziła go do tego statku. Ale dlaczego Alfred mierzył do pozostałej dwójki? Przecież byli z tej samej załogi...I dlaczego chciał się samemu zranić?! Oczywiście nigdy nie można było zaliczyć Amerykanina do normalnych, ale żeby sam siebie krzywdził?
Galante zerwał się i szybko podbiegł do pirata, odrobinę zataczając się na boki. Złapał za nóż, krzycząc:
- Co ty robisz, odbiło ci?!
Aby jakoś unieszkodliwić Alfreda i nie sprawić mu zbytniego bólu kopnął tamtego w krocze, nie szczędząc przy tym siły. Czas spędzony przy Gilbercie sprawił, że odrobinę pracował nad swoją siłą. I nawet jeśli nie była ona imponująca jak u przeciętnego człowieka, to akurat na to miejsce powinno wystarczyć...
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Pią Lis 16, 2012 10:15 pm

Na początku pomyślał, że to całe mierzenie do nich z broni to jakiś głupi żart Alfreda. W końcu dzieciak był zdolny do wszystkiego, a już na pewno spokojnie dałby radę wpaść na tak "genialny" pomysł. Nie żeby uważał go za idiotę czy coś, po prostu takie prawa młodości albo tu wstaw inne wytłumaczenie nieodpowiedzialnego zachowania. Szybko jednak odrzucił tę możliwość, gdy zorientował się, że coś jest z Amerykaninem nie tak. Wszystkie jego gesty, całe to zachowanie i na dodatek ten chrapliwy głos, jakby ktoś przejął nad nim kontrolę albo go opętał... Bingo?
Przyglądał mu się w milczeniu, próbując wymyślić co zrobić by rozwiązać tę nieprzyjemną sytuację, przy jednoczesnym nie dostaniu kulki w łeb i nie skrzywdzeniu zbytnio Al'a. W ostateczności mógł użyć garłacza, ale wolał tego uniknąć, bo nawet nie miał pewności, że to coś by pomogło. A zdrowa noga na pewno będzie chłopakowi bardziej przydatna, jeżeli... o ile wróci do siebie. Zacisnął usta, gdy ten podzielił się tą uroczą informacją, co zamierza zrobić z okiem. Nawet duchy są nienormalne, ma oko, a jeszcze mu źle! Co to się z tym światem dzieje.
Szlag, trzeba coś szybko zrobić.
I jak na zawołanie zainterweniował tu Łotysz. Owen nawet nie przypuszczał, że będzie tak wdzięczny temu chłopakowi i gdy tylko ten walnął naszego opętanego w niehonorowe miejsce, szybko do nich podbiegł. Nie czekając, aż Al się ogarnie po takim ciosie, zabrał mu nóż oraz strzelbę, po czym przycisnął go do podłogi. Nie było co się w tym momencie silić na delikatności, szczególnie, że nie wiadomo na czym stoją.
-Nie ruszaj się. - Wycelował do niego z garłacza, na wszelki wypadek, gdyby ten dalej był agresywny. Teraz tylko pytanie, kto tu z obecnych zna się na wypędzaniu obcych duchów z ciała?
Powrót do góry Go down
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sob Lis 17, 2012 12:43 pm

Jego serce biło tak szybko, że Jose aż dziwił się, że się tym nie zmęczyło. Zimna krew i opanowanie zniknęły. Bał się. Zwłaszcza, że jego niby bezpieczna wysepka coraz bardziej się zanurzała. W pewnej chwili nawet przymknął oczy, nie chcąc na to patrzeć. I nagle beczka zatrzymała się. Rozejrzał się, zastanawiając się, czy to nie był jakiś fortel. Może Coś przygotowywało jakąś niespodziankę?
Złapał spojrzenie Japończyka i odruchowo wzruszył lekko ramionami. Na razie wszystko wyglądało całkiem normalnie, wszystko jakby ucichło. Czyżby to był już koniec? Chilijczyk nie chciał sobie robić nadziei. I dobrze, bo przeżyłby zawód.
Obserwował ze zgrozą jak twarz czarnowłosego wykrzywia się w bólu, a potem jak zsuwa się jeszcze niżej, ledwo już trzymając się liny. Teraz gdyby mógł pomóc, zapewne zrobiłby to.
Myślał gorączkowo. Sama świadomość, że nie był w stanie tego pojąć była frustrująca i, co gorsza, wpędzała w coraz większą panikę. Bo z tego co wiedział Jose to co się działo, było niemożliwe. A jednak się działo. Nie lubił rzeczy niezrozumiałych, zwłaszcza, jeżeli chciały go zabić.
Z drugiej strony nie wiedział czego to Coś tak naprawdę chciało. Być może gdyby dał się wciągnąć nic strasznego by mu się nie stało? Gdyby nie wrodzona nieufność być może zeskoczyłby z beczki i poddał się Temu. Dla niego było jednak zbyt dużo niewiadomych.
A może... Dziwna moc była chyba bardziej zainteresowana Japończykiem. Brunet pomyślał, że mógłby wykorzystać tą sytuację i zwiać. W końcu jego życie było ważniejsze niż życie dopiero co poznanego pirata. Nie chcąc ryzykować, oderwał kawałek rękawa swojej koszuli, zwinął go w kulkę i wypuścił na pokładowe deski. Przez chwilę nic się nie działo potem jednak materiał został wciągnięty.
-Przestań- warknął, mimo całej bezsensowności takiego działania. Tak, krzyknij na statek, który próbuje coś ci zrobić, na pewno posłucha. Bardzo inteligentne, Martin miałby ubaw. Jednak Chilijczyk i tak nie miał nic do stracenia. Prawdopodobieństwo, że to coś da, było bliskie zeru, ale jednak było.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ameryka

avatar

Orientacja : Nie wiem...jeszcze! >3<
Ekwipunek : Nóż i zwykła strzelba za pazuchą~.
Wątki i powiązania : Wychowanek Anglii(Francja też miał w tym niewielki udział), brat Seszelii, Kanady, Dominici itp. oraz bratanek Irlandii, Walii i Szkocji.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Bo na takim statku przyda się taki zajebiaszczy superhero!!! >D
User : Inulka/Dojcz/Ame
Liczba postów : 155
Join date : 15/09/2012
Skąd : Waszyngton w Ameryce oczywiście!

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sob Lis 17, 2012 4:21 pm

Amerykanin drgnął. Nie spodziewał się tego. Co to za ludzie, że do niego podbiegają?! I do tego został przez jakiegoś blondyna uderzony?
Pobladł czując ból. Skrzywił się i aż pisnął, upadając. Nim się zorientował, inna osoba go przyszpiliła do ziemi i wycelowała w niego bronią. Co to jest?! Skrzywił się ponownie i spojrzał na Walijczyka. Wzrok Alfreda był zupełnie inny, jakby poważniejszy, do tego kogoś starszego… Sam zdawał się nie być sobą i tak było. Nie wiedział, kim są ludzie, którzy stali obok niego, ani dziewczyna za nimi. Ale znał ten statek… Zdawało mu się, że jest jego kapitanem. Tylko gdzie znajdywała się załoga? Rozejrzał się, mając przed oczami żywy statek, na którym każdy wykonywał swoją pracę bez problemów i marudzenia.
Spojrzał ponownie na Walijczyka i prychnął.
-Zabierz tą broń, parszywy szczurze lądowy! Podnosisz na mnie rękę, na moim własnym statku?! Wynoście się stąd, psiakrew, bo rzucę Was wszystkich rekinom na pożarcie!-wywarczał tym samym, chrapliwym głosem, co wcześniej.
Zaczął się szarpać. Ciało należało do Alfreda, ale jakby coś przejęło nad nim władzę. Nawet jeśli sam chłopak mógłby coś zrobić, aby pozbyć się ducha kapitana statku z siebie, nie zrobiłby tego. Czemu? Z powodu swojego największego strachu – duchów. I tu leżał ten problem. Alfred wyglądał wcześniej na przerażonego, póki nie znalazł się w tym pomieszczeniu.
-Zabieraj te brudne łapy, psiakrew!-krzyknął na niego szarpiąc się.
Spojrzał teraz na Łotwę groźnym wzrokiem, jakby miał ochotę się na niego rzucić. Gdyby nie ten chłopak, nie miałby takich problemów. Raivis… …Zaraz…CO?! Alfred drgnął i wrócił zdezorientowanym wzrokiem na Owena. Tym razem zdawało się być to jego normalne spojrzenie. Przejąłem nad nim kontrolę, psiakrew! Nie może ich pamiętać! Przestań, parszywy dzieciaku! Nie sprzeciwisz się mi, masz robić co Ci każę!
I w tym momencie ten sam wzrok, zupełnie niepodobny do Alfreda, wrócił. Jakby przez chwilę odzyskał nad sobą kontrolę, jednak teraz ten duch znów ją przejął. Na twarzy chłopaka pojawił się ohydny uśmieszek bandyty, a on sam zmrużył oczy obserwując groźnie poczynania Owena.
-Co? Nic mi nie zrobisz, psiakrew! Jestem wychowankiem Twojego brata, co mu powiedz?! Że jakiś duszek mnie nawiedził i musiałeś się bronić?! Jesteś słaby! Parszywy szczur lądowy!-zaśmiał się chłodno.
Tak. Duch wydawał się cwano wykorzystywać to, kim jest Alfred. Mimo to, nie wiedział, że Arthur aż tak by się nie przejął.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chiny



User : Katze-Fresse
Liczba postów : 348
Join date : 27/09/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sob Lis 17, 2012 7:34 pm

Raivisa bolała głowa, zwłaszcza z tyłu, gdzie pulsowała tępym bólem. Bolało go też nad czołem, co sprawiało, że patrzenie było niemal katorgą. Do tego jego ciało trzęsło się z zimna, przybrudzone ubranie nieprzyjemnie się kleiło, a zapach na statku był nie do zniesienia, drażnił nozdrza, przez co chłopiec kilka razy kichnął cicho, wprawiając w ruch osiadający wszędzie kurz. Na dodatek nie potrafili znaleźć wyjścia z tego przeklętego miejsca i Alfred zaczął odstawiać głupi teatrzyk. Nieważne, że duch opętał.
W każdym razie wszystkie te czynniki nałożyły się na siebie i popsuły humor blondynowi. Miał chęć wyjść stąd i udać się na (oczywiście nie do końca) swój statek, walnąć się na jakieś łóżko, niekoniecznie swoje - ważne, aby było ciepłe, nie śmierdziało i było względnie wygodne. Do tego głowa...
Otaksował Alfreda spojrzeniem. Wyglądało, że jakiś duch, zapewne kapitan tego statku, jak można wywnioskować z jego wypowiedzi, przejął nad tamtym kontrolę, co nie wróżyło dobrze. Skoro trwał w tym miejscu, musiał być w jakiś sposób związany z tym miejscem. Może czegoś pilnował?
Ukucnął przy powalonym mężczyźnie i zapytał cicho, niemal nieśmiało i potulnie:
- Ummm, przepraszam bardzo, panie kapitanie. Nie da się ukryć, że umarł pan, ale nadal tu jest. Dlaczego? I dlaczego przejął pan kontrolę nad tym chłopcem?
Jakiś pijak w porcie opowiadał kiedyś, że duchy nie kłamią. Może była to prawda, a może nie, w każdym razie Raivis postawił wszystko na jedną kartę - pozostało tylko czekać na odpowiedź tamtego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sob Lis 17, 2012 8:01 pm

Nagła reakcja Alfreda zaskoczyła ją na tyle, że cofnęła się mimo woli o kilka kroków. Popatrzyła na niego nieco wytrzeszczonymi oczami. Nie spotkała się jeszcze z przypadkiem opętania przez ducha i nie miała pojęcia, co robić. Stała więc w bezruchu, mrugając tylko co jakiś czas i panicznie szukając w myślach czegoś, co mogłoby im pomóc. Nie pomagał w tym ani smród statku, ani raz po raz wycelowana w nią strzelba. Po chwili przed niewidzącymi oczami dostrzegła tego młodego chłopca, który naraz kopnął Alfreda. Dalej jednak się nie poruszała. Dopiero, gdy ten leżał powalony na ziemi i wrzeszczał jakieś groźby, podeszła bliżej sztywnym krokiem. Bezwładnym wzrokiem przyglądała się całej scenie. Czuła się, jakby cała skóra jej zamarzła, pomimo nie tak znowu niskiej temperatury. Teraz stała już bezpośrednio za bratem i chłopcem, pochylając się lekko w stronę Alfreda. Skierowała swój wzrok na jego oczy, które wyglądały zdecydowanie inaczej niż zazwyczaj, chociaż nie potrafiła określić, dlaczego. Wpatrywała się intensywnie w czarne jak noc źrenice, bardzo rozszerzone z powodu panujących na okręcie egipskich ciemności. Zapalona wcześniej przez Amerykanina świeca nie dawała zbyt wiele światła. Zamrugała intensywnie, próbując wyostrzyć wzrok, ale nic to nie dało.
Powrót do góry Go down
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sob Lis 17, 2012 9:23 pm

Słowa kapitana, który zgubił drogę na drugi świat, spływały po nim jak woda po kaczce, bo dalej z niewzruszoną miną celował do niego z garłacza. Te wszystkie krzyki nie robiły na nim większego wrażenia i chyba nawet ich nie do końca słuchał. Był bardziej zajęty obserwowaniem postaci Amerykanina i gdy tylko ten na niego spojrzał, dostrzegł, że Al na chwilę odzyskał kontrolę nad swoim ciałem. To wydarzenie, nawet jeżeli tylko chwilowe, było bardzo ważne, bo dawało nadzieję, że coś da się tym zrobić.
-Dokładnie, a ja jestem jego bratem i co z tego? Zawsze mogę cię postrzelić w nogę i myślę, że Arthur doskonale zrozumie moją decyzję, jeżeli mu wszystko wyjaśnię. - Ciężko mu było nawet uwierzyć, że ten by się jakoś specjalnie tym przejął. Oczywiście mógł się mylić, ale Arthur to Arthur, czasami miał jakieś dni dobroci. -Dlatego to kiepski powód, dla którego miałbym się zawahać, by coś ci zrobić, skoro ty chciałeś nas zabić. - Mówił to wyjątkowo bezbarwnym głosem i z obojętną miną, jakby to nic mu nie robiło. Mijało się to całkowicie z prawdą, bo gdyby naprawdę tak czuł, alfredowa noga już dawno by oberwała, a tu nadal kombinował, jak uniknąć tego losu.
Przyglądał się uważnie Łotyszowi, który najwyraźniej próbował na spokojnie porozmawiać z tym duchem. Nie wróżył temu większego powodzenia, bo raczej pirat nie będzie chętny do rozmowy, ale może duchami rządzą inne prawa? O ile jakiekolwiek ich obowiązują. Zresztą, zaraz zobaczą co z tego wyjdzie.
-Wszystko w porządku? - Zwrócił uwagę na siostrę, dopiero teraz zauważając, że ta przez dłuższy czas milczała. A to było również wyjątkowo podejrzane. Lotte milcząca.
Powrót do góry Go down
Admin

avatar

Orientacja :
Ekwipunek : -
Wątki i powiązania : -
Po jakiego czorta jesteś na statku? : -
Liczba postów : 444
Join date : 18/02/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Nie Lis 18, 2012 2:34 pm

W porcie dało się usłyszeć dyskusje na temat wczorajszego sztormu. Ile statków zdążyło zatonąć? - zadawali sobie pytanie tutejsi i siedząc wygodnie w tawernie, popijali rum. W ich głosie było wyraźne przejęcie i zmartwienie, czego nie podzielał Arthur. Przetrwają najsilniejsi. I nie był to zbieg okoliczności, czy też wyjątkowy fart, że w noc, kiedy granica między zaświatami a światem ludzi żyjących zaciera się, jego załoga znajdowała się na bezpiecznym lądzie. Pod warunkiem, że ten może być w ogóle bezpieczny dla pirata takiego jak Arthur. I tak po drodze zdążył już spotkać niemiłego pana armatora, któremu, co jest bardzo prawdopodobne, zatopił jeden ze statków. Na obecną chwilę mało, że nie otrzymał rekompensaty za okręt znajdujący się dawno pod wodą, kontynuował swój żywot bez kilku zębów. Tak więc Queen Victoria's Revenge stała tej nocy zacumowana w porcie, a jej kapitan i załoga zbierali siły przed kolejnym rejsem. Co więc Arthur robił na opustoszałym wybrzeżu? Zapewne szukał problemów, bo na pewno nie załogi. O ile jedno nie było równoznaczne z drugim. Wprawdzie po randce z niezadowolonym i jakże agresywnym właścicielem statków handlowych zarobił piękną ranę na ramieniu, wydłubaną sztyletem. Przypomniało mu to o niedostatku niektórych leków w apteczce. Winien był powiadomić o tym kwatermistrza odpowiedzialnego za szacowanie zapotrzebowania przed wypłynięciem, ale szczęśliwym trafem znał człowieka, który nie tylko sprzeda mu to wszystko taniej, jak i zaproponuje butelkę rumu.
Zatem rześkim krokiem zmierzał wzdłuż wybrzeża, bo tędy prowadziła najkrótsza droga, ku handlarzowi zdrowiem. Jeżeli w ogóle można tak było nazwać tego nieuważnego człowieka, który otruł większą ilość ludzi, niż udało mu się wyleczyć. Zatrzymał się dopiero, gdy na kilka metrów przed nim ujrzał statek. Wyrzucony na brzeg, najprawdopodobniej przez wczorajszą burzę, przechylał się lekko w bok. Bukszpryt wyglądał na cały, ale ostroga była połamana i liny do niego przywiązane dawały wrażenie wiekowych. Gdy podniósł wzrok, przekonał się, że nie tylko burta jest w tak złym stanie. Żagle wyglądały, jakby miały za chwilę się załamać pod wpływam własnego ciężaru. Jednemu z nich nawet udało się to zrobić. Poczuł jednocześnie intrygę i chęć wkroczenia na pokład tego statku. Nim zdążył się obejrzeć, układał już ręce na bakburcie, próbując się wspiąć do góry. Impuls, który nim kierował, został pokonany, a przekleństwo z jego ust przepłynęło tak szybko, jak dreszcze po jego plecach. Odsunął się od okrętu jak oparzony i spojrzał w górę, chcąc ujrzeć pokład. Z tej odległości jedyne, na co zwrócił uwagę, to burta ze starych, zszarzałych desek, do których przykleił się muł. Zebrał trochę na palce i roztarł go między nimi. Ta niepohamowana chęć dostanie się do środka była przeraźliwa. I silniejsza. Rozejrzał się, szukając wejścia. Na wpół zanurzony w wodzie leżał stermaszt. Musiał się zerwać niedawno, w innym wypadku zgubiłby się ciągnięty po oceanie.
Arthurowi niezbyt uśmiechała się wizja wejścia po kolana do wody, żeby potem dostać się na pokład tego niechlujnego i starego statku. Ale odnosił wyraźne wrażenie, że jest nawoływany i jakaś pozaziemska siła ciągnie go do niego. Gdy już poczuł, jak woda wnika w jego buty, skrzywił się i sprawdził stabilność masztu. Nie było możliwości, żeby nie udało mu się go utrzymać. Tak więc złapał się masztu i po nim wspiął się na szczyt, co okazało się nie lada wyzwaniem. Był on śliski, utrudniło to zadanie najbardziej jak mogło. Naprawdę, nie mam pojęcia po co to robię - mruknął w myślach, stając na pokładzie. Po chwili nogi same poniosły go przed siebie.

Gdy wypływał z portu stary bryg,
jego losów nie znał wtedy nikt.
Nikt nie wiedział o tym,
że statkiem widmem stanie się, stary bryg.


Przeszły go ciarki, gdyż zadawało mu się, ze coś słyszał. I słyszał to bardzo wyraźnie, niemalże był pewny, iż to nie omamy. Ktoś zniekształconym głosem, zupełnie jakby mówił z garścią piasku w ustach, wyrecytował rymowankę. Sparaliżowany, zatrzymał się. Powoli odwrócił głowę za siebie, kładąc dłoń na kordelasie. Nic jednak nie zauważył, co wcale nie poprawiło jego samopoczucia. Szedł dalej sztywnym krokiem, nie rozumiejąc, dokąd się kieruje. I w jakim celu to robi. Deski głośno skrzypiały pod ciężarem jego ciała, a on próbował zachować niewzruszony wyraz twarzy. Rozglądając się, zauważył ruch. Przełknął głośno ślinę, zaciskając mocniej palce na broni.

Co z załogą zrobił stary bryg,
tego też nie zgadnie chyba nikt.
Czy zostawił w porcie ją,
czy na morza dnie −
nikt nie wie gdzie.


Nie zatrzymał się. Czuł jak woda chlupocze w jego butach. Niemal krzyknął, kiedy podłoga pod nim zarwała się. Skarcił się za to w myślach i próbując uspokoić dudniące w klatce piersiowej serce, pociągnął nogą, wydostając ją z dziury.
Zachowując ostrożność, przemierzał kolejne odległości, szukając tego, dla czego dał się zaciągnąć do tego wraku.
Włosy stanęły mu dęba. Mógłby przysiąc, że coś właśnie dmuchnęło mu śmierdzącym powietrzem w kark, po czym rozpłynęło się. Obejrzał się w bok, ale kiedy tylko obrócił głowę, zauważył ludzi. Oni... Nie miał pewności, co się tak właściwie dzieje. Wyglądało to zupełnie irracjonalnie. ...Toną?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ameryka

avatar

Orientacja : Nie wiem...jeszcze! >3<
Ekwipunek : Nóż i zwykła strzelba za pazuchą~.
Wątki i powiązania : Wychowanek Anglii(Francja też miał w tym niewielki udział), brat Seszelii, Kanady, Dominici itp. oraz bratanek Irlandii, Walii i Szkocji.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Bo na takim statku przyda się taki zajebiaszczy superhero!!! >D
User : Inulka/Dojcz/Ame
Liczba postów : 155
Join date : 15/09/2012
Skąd : Waszyngton w Ameryce oczywiście!

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Nie Lis 18, 2012 2:55 pm

Amerykanin zmrużył powieki i wbił spojrzenie w Łotwę. Duchy miały to do siebie, że potrafiły omamić… Czy był to demon, czy też zwykły duch człowieka, który umarł bądź też zginął w jakikolwiek sposób. Dużo można było dowiedzieć się o tym, że były właśnie jak człowiek. Trudno było dowiedzieć się, czy to co chciał przekazać było prawdą, czy też tylko i wyłącznie kłamstwem. Nic nie znaczącym kłamstwem… Albo i dużo znaczącym. Zależy na czym to polegało, jeśli chodziło o kapitana statków, rzadko chcieli komukolwiek powiedzieć prawdę. Cóż się dziwić, skoro posiadali wiele tajemnic?
Nagle zaczął się śmiać jakby postradał zmysły. Nie jeden poczułby przerażenie słysząc to, zwłaszcza że nie był to śmiech Alfreda. Wydawał się być kompletnie inny. Znów spojrzał na Łotwę i kpiącym uśmieszkiem.
-I Ty sądzisz, że coś Ci powiem, szczylu?! Z kim jak z kim, ale z Tobą nie będę rozmawiał… Nie z takim parszywym szczurem lądowym jak Ty! Jesteś śmieszny sądząc, że ja, kapitan, zaszczycę Cię normalną rozmową, psiakrew!-teraz wrócił wzrokiem na Walijczyka.-Puść mnie, bo zaznasz piekła!
I w tym momencie podłoga na statku zaczęła skrzypieć, jak i lekko się trząść. W oku chłopaka pojawiła się tajemnicza iskra.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chiny



User : Katze-Fresse
Liczba postów : 348
Join date : 27/09/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Nie Lis 18, 2012 3:37 pm

Och, czyli jednak duchy mogą kłamać, a podobno przynajmniej co do imienia powinny być szczere. W każdym razie chłopiec nie przejął się niemal wyplutymi przez pirata zdaniami. Starł tylko odrobinę śliny z policzka, krzywiąc się przy tym nieznacznie - albo sam Alfred nie dbał zbytnio o swoją higienę albo to pirat sprawił, że blondyn miał taki oddech a nie inny.
Cóż, trzeba wspomnieć, że Raivis jest nieśmiały i bojaźliwy, co najczęściej jednak ukrywa pod maską okropioną odrobiną złośliwości i innymi cechami, których nie ma potrzeby tu przytaczać. W każdym razie w pewnych chwilach uczucia zazwyczaj zarezerwowane dla tej maski stawały się prawdziwe, szczere...Najczęściej Gilbert doprowadzał go do szewskiej pasji, ale teraz, na szczęście, tamtego nie było w okolicy.
Szczęście w nieszczęściu chciałoby się rzec.
Nie mniej jednak sposób wyrażania się ducha przywodził na myśl albinosa, tak więc Galante bez zbędnych przemyśleń wyciągnął nóż, po czym tępą stroną uderzył tamtego w głowę, nie szczędząc przy tym siły. Najpierw nie wcelował, więc nabił tamtemu lekkiego guza, ale włożywszy w to więcej serca, uderzył w odpowiedni punkt, przez co leżący pirat powinien na jakiś czas dać im spokój. Co prawda będą musieli taszczyć Alfreda, ale lepiej to robić niż wysłuchiwać jego krzyków.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Pon Lis 19, 2012 5:28 pm

Wpatrywała się nadal w oczy Alfreda, które wydawały się niemal iskrzyć. Pod wpływem atmosfery tego miejsca zaczęła drżeć i miała nogi jak z waty. Dźwięki docierały do niej jakby przytłumione. Miała wrażenie, że odkąd Owen zadał jej pytanie minęły całe wieki, nim w końcu wydusiła z siebie głos.
-T-t-tak... - wyszeptała ledwo dosłyszalnie, nie odwracając wzroku. Poczuła gwałtowny dreszcz na kręgosłupie i wytrzeszczyła oczy jeszcze bardziej. W źrenicach chłopaka zaczęła dostrzegać dziwne, migoczące kształty, których nie potrafiła jednak dostrzec żadnego konkretu. Jej oddech stawał się coraz cięższy i coraz trudniej było jej utrzymać się na nogach. Gdy podłoga zatrzęsła się, było bardzo blisko, by zapoznała się dogłębniej z podłogą. Nieznanym jednak sposobem utrzymała równowagę, jak zahipnotyzowana wpatrując się w oczy opętanego.
Była przerażona. Czuła przenikający do głębi jej organizmu chłód. Zakręciło jej się w głowie i nagle wychwyciła uchem dziwny dźwięk. Brzmiał jak ludzki szept, ale nie dało się rozróżnić żadnych wyrazów. W miarę jak starała się w niego wsłuchać, znikał. Jednakże gdy zwróciła uwagę na to, co mówią inne osoby w pomieszczeniu, stawał się głośny nie do zniesienia. Co do licha?
Powrót do góry Go down
Japonia

avatar

Orientacja : T-To nie jest miejsce na takie wyznania...|!
Ekwipunek : Szabla, dwa japońskie sztylety - po jednym w każdej cholewie buta, stary i wyświechtany zwój przedstawiający rysunek gejszy, zgrabna, japońska fajka.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Gdyby się to wydało, miałbym bardzo poważne problemy...
Multikonta : brak
Liczba postów : 200
Join date : 14/10/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Wto Lis 20, 2012 1:48 am

Kurczowo zaciskał rękę na sznurze, mimo wszelkiego bólu jaki sprawiało mu dalsze stawianie oporu temu, co tak usilnie starało się pogrzebać go żywcem. Serce również nie pomagało, nieprzyjemnie odczuwalnie obijając się o żebra, co wyprowadzało go z psychicznej równowagi do której utrzymywania jednak przez długie, długie lata, był bądź co bądź przywykł.
Cholera... Cholera! Nie skończy w tak żałosny sposób. Nie kiedy bogowie postanowili jednak dać mu jeszcze jedną szansę, nie pozwalając zginąć razem ze złupionym i zatopionym przez załogę Vicktorii, okrętem... Od tamtego wydarzenia minęło zaledwie kilka miesięcy... Pięć, może siedem? Czy w tak krótkim czasie naprawdę było możliwe, aby zostać przyjętym na pokład najbardziej wrogiego, prawie znienawidzonego okrętu, tylko i wyłącznie przez zrządzenie losu? Szczerze w to wątpił. Właśnie dlatego postanowił... Jeśli zginie, to tylko i wyłącznie z ręki tego, który posłał jego Aensetsu-Akumu(Legendarny Koszmar) na dno.

"Gdy wypływał z portu stary bryg,
jego losów nie znał wtedy nikt..."


Uniósł wzrok i potoczył nim po pokładzie, resztkami sił sprzeciwiając się temu, co tym razem dość jasno dało mu do zrozumienia, iż nie spocznie, dopóki nie osiągnie celu. Głos.. Hah... Cóż za głupota. Wariować przed śmiercią... - to z pewnością nie w jego stylu. Naraz zacisnął powieki i zęby, po raz ostatni zdobywając się na wysiłek. Próżne jednak jego starania... Cokolwiek go tam trzymało, trzymało mocno i bez dwóch zdań nie zamierzało grzecznie odpuszczać, nie pozwalając już wynurzyć się bardziej ponad pokład, choćby i na milimetr.
Tymczasem, cokolwiek zaplanował sobie Jose, z pewnością było dalekie od planów tego, co za główny cel obrało sobie pochłonąć ich tutaj żywcem. W miejscu w którym zniknęła materiałowa kulka, zabulgotało, a następnie zastygło w bezruchu - nawet jeśli tylko na kilka sekund... Zaraz potem beczułką szarpnęło po raz kolejny, a następnie wciągnęło ją agresywnie, sprawiając, że Chilijczyk w końcu stracił "równy grunt" pod nogami. Od razu wytworzył się pod nim niewielki wir, wciągając go i zatapiając w pokładowej materii aż po uda i dalej, coraz głębiej... coraz głębiej...
Kiku z kolei już tylko usiłował nie dopuścić do zatopienia głowy.
Dalej trzymał się liny, a jakże! Tylko co z tego? Nie wyglądało na to aby coś jeszcze mogło mu pomóc... Im obu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Pią Lis 23, 2012 1:44 pm

Nagle ktoś zaczął coś mówić. Jose wsłuchał się w te upiorne słowa, a przez jego ciało przeszedł dreszcz. Poczuł jak włosy stają mu dęba. Cóż to było? Czy nie dość, że próbowało ich zabić, chciało ich jeszcze przed śmiercią upokorzyć? Bał się jednak tak strasznie, że dla złości, którą normalnie z pewnością by poczuł, nie było miejsca.
O boże, pomyślał, gdy beczką ponownie szarpnęło. Skoczył do góry, choć wiedział, że to nic nie pomoże, jedynie nieco przesunie w czasie to, co nieuniknione. Tonął. Tonął w pokładzie jakby to było błoto, mimo iż było to kompletnie niemożliwe.
Nie bolało aż tak bardzo jak się spodziewał. Jednak był to tylko stan przejściowy. Był coraz niżej, coraz głębiej. Wyobraził sobie, że dziwna maść dostaje się do jego nosa, płuc, że zakleja mu drogi oddechowe i dusi powoli.
Nie zmienił jednak wyrazu twarzy, jakby sytuacja kompletnie go nie ruszała. Wyciągnął jedynie ramiona do przodu, szukając chociaż trochę suchej przestrzeni. Wyczuł kawałek twardego pokładu. Statek chyba rzeczywiście z niego kpił. Wbił paznokcie w kawałek deski, żałując, że nie ma czegoś lepszego do zatrzymania się. Liny chociażby.
Było to tak żałośnie rozpaczliwe i nie dało kompletnie nic. Zsuwał się dalej, zdzierając sobie skórę na palcach, wbijając sobie drzazgi. Przynajmniej miał wrażenie, że to właśnie dzieje się z jego dłońmi, bowiem pulsowały one bólem. Nie zdziwiłby się gdyby zostawiał za sobą cienkie strużki własnej krwi.
Powiódł wzrokiem po pokładzie i dostrzegł jakąś sylwetkę. Miał nadzieję, że to tylko jakieś głupie zwierzę. Ale nie... To był człowiek.
-Idioto, uciekaj stąd!- wrzasnął momentalnie. Och tak, tamten, odpowiednio wcześniej ostrzeżony, mógł się jeszcze uratować.
Zawsze lepiej umrzeć z myślą, że zrobiło się przed śmiercią coś dobrego. Nawet jeśli było się piratem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Admin

avatar

Orientacja :
Ekwipunek : -
Wątki i powiązania : -
Po jakiego czorta jesteś na statku? : -
Liczba postów : 444
Join date : 18/02/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Nie Lis 25, 2012 9:45 pm

Echo z samego wnętrza statku drażniło jego bębenki. Głos pozbawiony wyrazu zdawał się szeptać niezrozumiałe rzeczy, tworząc czarne tło dla tonących mężczyzn. Zastygł w bezruchu, napinając wszystkie mięśnie, jak gdyby szykował się na atak ze strony nieznanego mu ducha. Ducha?Przełknął głośno ślinę, zmuszając swoje zaciśnięte gardło do wysiłku.
- Co do diabła... - wydał z siebie cichy szept, bo wszystko to, co widział zdawało się być paranormalnym koszmarem. Poruszył się niespokojnie i zauważając przy okazji, że nie czuje swoich nóg. Ciepły wydech wydobył się przez jego zaciśnięte zęby. Oglądał jak Chilijczyk wpada w głąb i zaczyna się topić. Krzyki Jose były nieme. W tej chwili, jedyne, co słyszał to donośny szept, obijający się o stare deski pokładu. Przez charczący, zobojętniały głos, szepczący konglomerat ze słów.
Zaraz po tym usłyszał długi, tak głośny wrzask, dochodzący z bliżej nieokreślonego miejsca. Skrzywił się i szybko uniósł dłoń, którą następnie zatkał sobie uszy, co jednak nic nie dało. Zupełnie, jakby źródłem hałasu była jego własna głowa. Wrzask skończył się ohydnym rechotem. Kogo?
Opuścił dłoń i nagrymasił się bardziej. Omiótł wzrokiem łajbę, poszukując liny, czegokolwiek, co mogłoby im teraz pomóc. I znalazł ją. To musiał być podstęp, nawet go wyczuł, ale czy coś innego mu pozostało? Nie ucieknie - jego honor znaczy więcej niż życie i wiedział to doskonale. Tak samo doskonale wiedział, że zginie, stawiając krok w kierunku swojego celu.
Coś zaśmiało się krótko, kiedy podłoga pod jego stopami zapadła się, a on zapadł się w czerni pokładu. zaklął głośno, usiłując się czegoś zaprzeć. Udało się. Zwisał tak, trzymając się desek pokładu, ale w momencie, kiedy chciał się podciągnął do góry, coś z bez reszty pociągnęło go do środka. Spadając, uderzył głową o coś twardego. Nim stracił przytomność, zaklął na wszytko.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Japonia

avatar

Orientacja : T-To nie jest miejsce na takie wyznania...|!
Ekwipunek : Szabla, dwa japońskie sztylety - po jednym w każdej cholewie buta, stary i wyświechtany zwój przedstawiający rysunek gejszy, zgrabna, japońska fajka.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Gdyby się to wydało, miałbym bardzo poważne problemy...
Multikonta : brak
Liczba postów : 200
Join date : 14/10/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Wto Lis 27, 2012 12:36 pm

Gdyby nie krzyki jego towarzysza w opresji, Kiku prawdopodobnie nawet nie miałby czasu aby zorientować się, że od kilku dobrych już chwil, nie są na górnym pokładzie jego jedynymi bywalcami. Czując, że pewnie tego pożałuje, minimalnie przekręcił głowę, zapadając się przy tym jeszcze głębiej - aż po podbródek. Jeśli los sobie z niego żartował, to miał naprawdę parszywe poczucie humoru... Czemu ze wszystkich i wszystkiego na tym świecie, to właśnie Arthura musiał oglądać jako ostatnie zjawisko w swoim życiu? Doprawdy... Paskudna sprawa.
- Bakana... - niewesoło i z pewnym powątpiewaniem zaśmiał się do swoich myśli tylko po to, aby zaraz ponownie zacisnąć zęby. Cokolwiek bawiło się nimi aż do tego momentu - miało już dość. Nie tylko Kirkland, lecz również i pozostała dwójka została w ułamku sekundy wchłonięta przez pokład.
Kiku odniósł wrażenie jakby coś rozrywało mu boleśnie płuca gdy ni z tego ni z owego stracił możliwość oddychania. Po raz pierwszy w swoim długim życiu wpadł w prawdziwą panikę, i nawet jeśli ta nie miała trwać długo, samo jej zaistnienie musiało wprawić go w niezłą dezorientację.
W ostatniej chwili, pokierowany czystym przeczuciem, wyciągnął ręce przed siebie i... ŁUP. Cała trójka uderzyła twardo o przegniłe, acz w dalszym ciągu trzymające się jakoś kupy, deski najniżej położonej części podpokładu.
Lądując na czworaka z cichym, przytłumionym jękiem, rozkaszlał się gwałtownie, wypluwając z siebie chyba z pół litra słonej, stęchłej, morskiej wody. Nie miał pojęcia skąd owa znalazła się w jego płucach i żołądku, ale bądźmy szczerzy, kto na jego miejscu miałby chęć i czas żeby się jeszcze zastanawiać nad takimi pierdołami? Fakt faktem, nie była to najprzyjemniejsza rzecz jaka go spotkała ale przecież też nie najgorsza. Zwłaszcza, że wszystko zdawało się wskazywać na to iż ciągle jeszcze ŻYŁ.
Przecierając usta dłonią, podniósł wzrok i rozejrzał się dla lepszego rozeznania w sytuacji. Dookoła panował mrok. I to mrok, który, gdyby nie blade prześwity w deskach nad nimi, można by nazwać wręcz absolutnym. Oczy nad wyraz opornie przyzwyczajały się do ciemności, podczas gdy on starał się ustalić skąd dobiega go chrapliwy, płytki oddech oraz ten drugi, nieco bardziej przyspieszony i nerwowy. Niestety, zmysły także były nieprzyjemnie upośledzone czymś co je tłumiło i wyciszało.
- Wszyscy cali...? - odezwał się w końcu lekko zachrypnięty, dłonią ostrożnie obmacując podłoże dookoła siebie, dopóki nie natrafił na miękki materiał płaszcza. Machinalnie cofnął rękę, przekręcając się i przechodząc w niski przysiad. Sprawdzając czy miecz kordelas grzecznie tkwi na swoim miejscu, wbił wzrok w miejsce w którym natrafił na obiekt. Zarys nieruchomego ciała powoli stawał się coraz bardziej wyraźny i niestety... coraz bardziej też znajomy.
- Arthur... San? - rzucił niepewnie, ostrożnie przesuwając się bliżej ciała. Jeśli to ty, to lepiej żebyś żył, draniu...
Akurat teraz kiedy by się przydało, nie miał ze sobą krzesiwa... Co za paranoja.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Wto Lis 27, 2012 4:42 pm

Ryzyko śmierci przez utopienie ciążyło nad życiem chyba każdego pirata w każdej minucie rejsu, bo w końcu różne rzeczy mogły się statkowi wydarzyć. Jose jednak nigdy nie dopuszczał do siebie tej wiadomości. Tak chyba działała psychika ludzka. „Stanie się temu, stanie się tamtemu, ale mi nie, mi na pewno nie” .
Jednak nagle, chociaż może nagle to niekoniecznie odpowiednie słowo w tej sytuacji, został wciągnięty przez coś. Stracił możliwość oddychania. Ból był taki okropny, że najprawdopodobniej krzyknąłby gdyby nie to, że było to w tamtej sytuacji fizycznie niemożliwe. Miał wrażenie, że ktoś rozrywa mu płuca na strzępy, poczuł smak... Soli? Tak jakby był pod wodą.
Nagle jednak spadł z łupnięciem na coś twardego. Sam fakt, że lądowanie było nieprzyjemne, nie miał w tamtej chwili znaczenia. Znacznie ważniejszym było, że wreszcie mógł oddychać. Nabierał całe hausty powietrza. A potem zwymiotował na deski. Nie wiedział czy był to efekt tego, że musiał opróżnić swój żołądek z płynów podejrzanego pochodzenia czy po prostu zrobił to ze strachu. Nie wydawało mu się to nawet aż takie ważne.
Kręciło mu się w głowie. Rozejrzał się po ciemnym pomieszczeniu, starając się określić swoje położenie. Nie potrafił.
-Żyję- odparł słabo na pytanie, dźwigając się na drżące nogi. W pierwszej chwili nogi odmówiły mu posłuszeństwa i upadł z powrotem. Ponowił jednak próbę i jakimś cudem udało mu się ustać. Zamrugał, jednak to nic nie dało. Dalej nic nie widział. Ciemność czy może stracił wzrok? Ponownie opanowała go panika.- Co teraz?
Nie mógł się powstrzymać przed wypowiedzeniem tego na głos, mimo iż było to raczej głupie. Najprawdopodobniej inni wiedzieli tyle co on- nic.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Japonia

avatar

Orientacja : T-To nie jest miejsce na takie wyznania...|!
Ekwipunek : Szabla, dwa japońskie sztylety - po jednym w każdej cholewie buta, stary i wyświechtany zwój przedstawiający rysunek gejszy, zgrabna, japońska fajka.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Gdyby się to wydało, miałbym bardzo poważne problemy...
Multikonta : brak
Liczba postów : 200
Join date : 14/10/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Czw Lis 29, 2012 9:19 pm

Gdyby Kiku kiedyś miał zgagę, z pewnością powiedziałby, że uczucie jakie teraz towarzyszyło mu w ustach i gardle było czymś dwakroć gorszym. Żeby tak jeszcze mógł czymś je przepłukać... Nie wspominając nawet o drażniącej pustce w brzuchu, która zwykła być następstwem nagłego opróżnienia żołądka. Niestety, poza stęchłą, śmierdzącą wodą i być może także glonami, wyrzucił z siebie również ostatni posiłek, za który swoją drogą całkiem sporo zapłacił w portowej gospodzie. Jakież to szczęście(?) mieć na głowie zbyt wiele problemów aby móc jeszcze przeklinać pechową utratę monet, czyż nie?
- W porządku... - skupił się na głosie Chilijczyka w ramach ustalenia jego położenia, co też nie było zbyt trudne gdy najpierw zaskrzypiały pod nim deski, a w następnej chwili uderzył on o nie całym ciałem, prawie jak przy pierwszym upadku.
- ... - rękoma wrócił do obmacywania nieruchomego ciała, aż w końcu dotarł do szczeciny na głowie... o przepraszam, włosów, które z pewnością należały do jego kapitana. Były w dotyku dokładnie takie, jak to sobie wyobrażał - suche od wiecznie "słonego" otoczenia w jakim przebywał oraz potargane na cztery strony świata.
Uspokajając walące ciągle serce, złapał głębszy wdech i spróbował ogarnąć sobie całą te sytuację we własnej głowie. Byli na wrogim okręcie... Który z pewnością nie będzie chciał ich wypuścić kiedy już raz pochwycił - jakkolwiek irracjonalnie brzmiało sugerowanie, iż łajba posiada umiejętności samodzielnego myślenia... Kontynuując, była ich na pokładzie szóstka. A przynajmniej on o jedynie sześciu pasażerach na gapę wiedział. Sześciu ludzi z krwi i kości... Na chwilę obecną, być może już o kilku więcej albo wręcz przeciwnie - z czego opcja numer dwa była tą mniej satysfakcjonującą mimo wszystko. Jeśli jednak w dalszym ciągu nie byli sami... Na litość Kalipso, ten statek nie mógł być przecież tak ogromny by móc po nim błądzić przez wieczność! Prędzej czy później MUSZĄ na siebie trafić! A przynajmniej na czyjeś zwłoki.
- Dobre pytanie. - odmruknął w odpowiedzi, łapiąc Anglika za fraki i przekręcając całkiem na plecy aby przycisnąć palce do jego gardła i nachylić się odrobinę uchem do miejsca w którym prawdopodobnie mogły znajdować się usta. A więc żyje... - stwierdził w myślach z pewną ulgą. Bądź co bądź, to on miał być tym który zakończy jego żywot.
- Mamy jednego nieprzytomnego... Możesz spróbować znaleźć jakiś luk? Drzwi? Cokolwiek...? - cóż za zaszczyt ich kopnął... Będą wywlekać wielkiego, osławionego Kirklanda o ile ten nie zechce współpracować i samodzielnie w najbliższym czasie stanąć o własnych siłach Woląc tego w każdym razie uniknąć, Kiku zaczął go dość bezczelnie poklepywać po policzkach, powtarzając co rusz jego imię lub tytuł. I nie robił tego bynajmniej z sugerowanym zwykle wyczuciem.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Pią Lis 30, 2012 6:03 pm

Starał się nadać swojemu oddechowi spokojnego rytmu. Gdy znajdował się w ciemności, nie było widać jego twarzy. Nie mógł przybrać pozornie obojętniej miny, tak jakby zapewnie normalnie zrobił. Strach był słabością. Po sposobie, jakim wciągał powietrze i je wypuszczał, można było nabrać pewności, że się bał. Był niemalże na skraju paniki.
Czyli tamten człowiek, którego wcześniej zobaczył, stracił przytomność. Jose niemal mu zazdrościł- nie musiał się przejmować odnalezieniem wyjścia, niczym. Nie był świadomy tego, co się działo. Czemu niemal? Bo przez to stawał się bezbronną, potencjalną ofiarą. Nie mówiąc już o tym, że gdyby to Chilijczyk był na jego miejscu, najprawdopodobniej nikt by się nim nie przejął. Zostałby pozostawiony w tym mroku. Sam.
-Dobrze- powiedział, cały czas nieco ochrypłym głosem. Postąpił parę niepewnych kroków do przodu, machając przed sobą rękami. Miał nadzieję, że nie stanie się nic, co odłączyłoby go od reszty. W grupie jednak było raźniej, dawała ona jakieś złudne poczucie bezpieczeństwa. Jose nie chciał z tego rezygnować.
Jego dłoń wyczuła jakąś ścianę, puknął ją więc. Najprawdopodobniej była to ściana z desek. Uderzył ją nieco mocniej, ale nie ustąpiła. Zamiast tego poczuł palący ból. Najprawdopodobniej gdy był jeszcze na górze, pod jego paznokcie wbiły się drzazgi. Skrzywił się, jednak stłumił w sobie jęknięcie.
Ruszył wzdłuż niej, cały czas wodząc wierzchem dłoni po jej powierzchni. Cały czas to samo. Ściana, ściana, ściana. Jego oczy jakoś nie chciały przyzwyczaić się do mroku i dalej nic, kompletnie nic nie widział.
Nagle zahaczył nogą o coś leżącego na ziemi. Najprawdopodobniej był to kawałek liny czy coś podobnego. Nie zdążył jednak zachować równowagi i runął jak długi przed siebie.
TRZASK.
Przeklął na cały głos, gdy z impetem przewrócił się na ścianę. Przez chwilę leżał, otumaniony kolejną dawką bólu. Potem jakoś udało mu się dźwignąć na kolana... I zdał sobie sprawę, że ten upadek przyniósł jednak korzyści. Deski były na tyle stare i spróchniałe, że wybił w nich dziurę. Za nimi zaś była jakaś wolna przestrzeń, najprawdopodobniej korytarz.
-Chyba coś znalazłem- powiedział w końcu.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Admin

avatar

Orientacja :
Ekwipunek : -
Wątki i powiązania : -
Po jakiego czorta jesteś na statku? : -
Liczba postów : 444
Join date : 18/02/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Wto Gru 04, 2012 4:35 pm

Uderzenie było mocniejsze, niż mógłby się spodziewać. Coś, co pociągnęło go w dół musiało się bardzo postarać, żeby nie wyszedł z tego bez szwanku, jednocześnie nie pozbawiając go przy tym doszczętnie kompetencji. Co więc się stało, kiedy stracił przytomność i leżał tak obezwładniony na podłodze?
Cisza. Jedyny dźwięk, który był w stanie go dosięgnąć, to bicie jego serca. Z początku chaotyczny, z czasem coraz bardziej rytmiczny. Śmiech. Złowieszczy chichot, został zupełnie pozbawiony jakiegokolwiek wyrazu. Ciemność. Spowijająca wszystko dookoła. Wszystko. Ale nie ma niczego. Słyszy tylko ten chichot. Jakby istniał dla niego. Jakby był jego celem. Początek. To początek końca. Czyjego?
Nie patrz w tył. Uciekaj. Jego wyimaginowana postać nie posłuchała przestrogi. Ostatnie, co zobaczyła, to ta wszechogarniająca pustka, a w niej istota. Ona na pewno nie miała prawa istnieć. Dlaczego się uśmiechasz?
Powracając do świata żywych, zerwał się do siadu, gwałtownie napełniając płuca powietrzem. Wpatrywał się szeroko roztwartymi oczami, by w końcu jego świadomość zupełnie wróciła. Wraz z niemiłosiernym bólem głowy. Syknął i przyłożył do swojego czoła rękę. Dopiero wtedy dostrzegł, iż ktoś siedzi obok niego.Nie zastanawiając się nad jego intencjami, odsunął się szybko i wyciągnął broń.
- ...Ch-cholera - skrzywił się.

Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Wto Gru 04, 2012 8:22 pm

Gdy tylko lekko zatrzęsła się podłoga, spodziewał się, że naprawdę zaraz stanie się coś złego i niepokój pomieszany ze strachem zaczął go zżerać od środka. Nie mieli przecież pojęcia jak wielką władzą nad tą całą łajbą miał ten duch, co działało tylko na ich niekorzyść. Zbyt łatwo można było ich wystraszyć i zaskoczyć. Tak jak nigdy nic nie miał do zjawisk paranormalnych, tak od dziś zacznie je chyba nienawidzić. A przynajmniej te dotyczące duchów. Są cholernie uciążliwe, poza tym, dawno powinny być po drugiej stronie. A Owen nie lubił istot narzucających się komuś czy też czemuś, jak w tej sytuacji ich światowi.
-Dobry ruch. - Przyznał Łotyszowi, mając nadzieję, że jego sposób na uciszenie tego kapitana zadziała wystarczająco długo by się stąd jakoś wydostać. A co będzie potem, to się już zobaczy. Może dopisze im szczęście i okaże się, że Raivis posiadał ukryte zdolności egzorcystów i jego cios wywali z Alfreda tego ducha? Nie, los im nie sprzyja, więc nawet nie miał co do tego złudzeń.
-Lepiej nie traćmy czasu i chodźmy stąd. Potem wymyślimy, co z nim zrobić. - Szturchnął lekko nieprzytomnego chłopaka w celu sprawdzenia, czy aby na pewno ten niedomaga i rozejrzał się za jakąś liną. Jakby go tak związać, to zawsze mogliby być spokojniejsi, że ten nagle im nie wpakuje kulki w łeb. Przesuwając wzrok po pomieszczeniu, przeniósł swoje spojrzenie na Lotte. Zmarszczył lekko brwi, zauważając, że naprawdę coś z nią jest nie tak.
-Myślę, że warto byłoby go związać, a lina gdzieś tutaj powinna być. - Podzielił się tym spostrzeżeniem, ale cały czas zerkał na siostrę. Po chwili położył dłoń na jej ramieniu, którą mocno na nim zacisnął. - Nie daj się zwariować, bo o to im chodzi. - Powiedział do niej spokojnie, mając nadzieję, że ta chociaż trochę się uspokoi. Nawet jeżeli w tej sytuacji to było naprawdę trudne i podejrzewał, że sam zaczynał mieć jakąś paranoję. Cały czas czuł, jakby ktoś ich obserwował.
Powrót do góry Go down
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   

Powrót do góry Go down
 
Nawiedzony Okręt
Powrót do góry 
Strona 3 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4  Next

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Pirate Hetalia :: 
 :: 
E v e n t y
 :: 
-
Skocz do: