IndeksFAQSzukajUżytkownicyGrupyRejestracjaZaloguj

Share | 
 

 Nawiedzony Okręt

Go down 
Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4
AutorWiadomość
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Wto Gru 04, 2012 8:40 pm

Dźwięki przeszywały jej uszy aż do mózgu. Zdawało się, że zaraz zwariuje. Z otępienia wyrwał ją Owen. Szczerze mówiąc miała niepohamowaną ochotę go za ten gest wyściskać, to nie byłoby jednak zapewne mile widziane. Skoncentrowawszy się na jego pytaniu wyrzuciła z myśli te dziwne dźwięki i zdarzenia, a zaczęła rozglądać się za liną. W końcu dostrzegła zakurzony przedmiot zwisający z haka nieopodal na ścianie.
-Jest - skwitowała krótko i zrobiwszy kilka kroków wyciągnęła po niego rękę. Chwyciła niepewnie sznur i powolnym ruchem zdjęła ze ściany. Podeszła do reszty i oddała go temu niskiemu chłopcu. Co za ironia... Najpierw sam leżał nieprzytomny, a teraz znokautował ducha
Powrót do góry Go down
Ameryka

avatar

Orientacja : Nie wiem...jeszcze! >3<
Ekwipunek : Nóż i zwykła strzelba za pazuchą~.
Wątki i powiązania : Wychowanek Anglii(Francja też miał w tym niewielki udział), brat Seszelii, Kanady, Dominici itp. oraz bratanek Irlandii, Walii i Szkocji.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Bo na takim statku przyda się taki zajebiaszczy superhero!!! >D
User : Inulka/Dojcz/Ame
Liczba postów : 155
Join date : 15/09/2012
Skąd : Waszyngton w Ameryce oczywiście!

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Wto Gru 04, 2012 9:21 pm

Amerykanin, nim zdążył cokolwiek zrobić, poczuł uderzenie. Początkowo nieudane, co sprawiło, że twarz chłopaka wykrzywiła się w okropnym grymasie, a gdy drugi raz go uderzył, Alfred po prostu stracił przytomność.
Pochłonęła go ciemność. Ale nie do końca ciemność. Widział przed oczami białą mgiełkę, chociaż był nieprzytomny. Czuł, jakby w tym właśnie momencie znajdywał się w swoim umyślę i z kimś rozmawiał, ale nie dochodziło do niego, z kim. Nic do niego nie dochodziło, jakby ten duch nie chciał go zostawić w spokoju, chociaż Amerykanin się stawiał.
-Czego ode mnie chcesz...? Kim jesteś?!
~Nie ważne kim jestem! Jesteś mi potrzebny, psiamać! I tym samym nie mam zamiaru zniknąć! Nie powinniście pojawiać się na moim statku, psy lądowe! Jak już tutaj przyszliście, to zostaniecie tu wieczność!
-Niedoczekanie Twoje, k...k...krokodylu Ty, ło!
~...

Ciało chłopaka leżało tak w bezruchu. Nie wyglądało na to, aby miał się szybko obudzić. I nie obudzi się szybko.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chiny



User : Katze-Fresse
Liczba postów : 348
Join date : 27/09/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Wto Gru 04, 2012 9:28 pm

Raivis pomyślał, że dobrze by było mieć przy sobie Gilberta. Nieważne jak wkurzający często bywał i jak źle traktował chłopca - przekonany o własnej zajebistości zaraz by nagadał coś Alfredowi, czy w sumie duchowi, zamąciłyby tamtego. Może nawet wiedziałby co zrobić...W każdym razie poinstruowałby wszystkich kto co ma zrobić i byłoby dobrze. A tak...cóż, błąkali się bez celu. Zresztą nawet gdyby nic nie rozumiał, to uśmiechnąłby się głupio i powiedział coś w tylu "Przy mojej wspaniałości nie musisz się obawiać". Pewnie dodałby coś w stylu "psie", ale nieważne. Byłby tu, w tym cholernym miejscu.
Galante w myślach przeklinał leżącego blondyna. Gdyby nie wsadzał wszędzie swojego wielkiego nochala, to zapewne byliby w drodze do portu, a chłopiec nie byłby przerażony, wkurzony i z gorączką, powoli obłapiającą go w swój kokon. Niestety nadal byłby utytłany w błocie, ale pomińmy ten głupi fakt.
Skinął lekko nieznajomemu, wpatrując się w leżącego pirata. Po chwili spojrzał na linę i kobietę.
- Hę?- na dworze przecież nie uczyli wiązać lin!
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Japonia

avatar

Orientacja : T-To nie jest miejsce na takie wyznania...|!
Ekwipunek : Szabla, dwa japońskie sztylety - po jednym w każdej cholewie buta, stary i wyświechtany zwój przedstawiający rysunek gejszy, zgrabna, japońska fajka.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Gdyby się to wydało, miałbym bardzo poważne problemy...
Multikonta : brak
Liczba postów : 200
Join date : 14/10/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Czw Gru 06, 2012 8:46 pm

Nie zaprzestając swych prób trzeźwienia nieprzytomnego towarzysza "zabawy" na nawiedzonym okręcie, bacznie przysłuchiwał się każdemu kroku wykonanemu przez Chilijczyka. Rejestrował skrzypienie i pojękiwanie desek, z lekkim niepokojem stwierdzając iż są one już od dawna mocno przegniłe i przeżarte przez sól. Aż dziw, że upadając z takim impetem, nie przebili się przez nie jeszcze niżej, co zapewne zagwarantowałoby im szybką bądź też wręcz przeciwnie - śmierć. A jeśli jakimś cudem nie ją, to przynajmniej znacznie poważniejsze uszkodzenia ciała. Istne szczęście w nieszczęściu.
Gdy coś mocno trzasnęło, omal nie wyskoczył z własnych trepów, prostując się gwałtownie w kuckach. Policzki Arthura dostały szansę by odetchnąć.
- ...??? Nic ci nie jest...? - nie żeby zdrowie obcego chłopaka w jakikolwiek sposób musiało go obchodzić, jednak zostać samemu z omdlałym kompanem w tym, jeżącym włosy na głowie miejscu, zdecydowanie mijało się z jego najbliższymi planami na przyszłość. O ile to możliwe, wolał już wydostać się na powierzchnię i wrócić chociażby i nawet do szorowania ZNAJOMEGO, o wiele bardziej bezpiecznego pokładu Victorii. Jakże miłą okazała się więc w chwilę później informacja, iż Chilijczyk nie tylko nie zaginął w kolejnych, tajemniczych okolicznościach, ale także znalazł lub samodzielnie stworzył - sądząc po odgłosach - im przejście.
- ...jesteś pewien? Nadal nie widzę zbyt wie-... - urwał i równie mile zaskoczony, spojrzał ku dołowi. Nie mylił się... Wyglądało na to, iż ich Śpiąca Królewna nareszcie postanowiła zaszczycić ich swoją obecnością, na sposób inny niż tylko fizyczny.
- Miło z twojej strony, że do na-...eh?! - momentalnie odskoczył na dźwięk znajomego, metalicznego wizgu, po raz kolejny tego dnia lądując na czworaka, blisko dwa metry dalej. Podpierając się na jednej ręce i przywarowując przy ziemi, drugą samoistnie sięgnął do rękojeści miecza.
- ...i ja również cieszę się, że cię widzę. - odezwał się z chłodnym spokojem, na który musiał się wyjątkowo mocno wysilić.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sob Gru 08, 2012 2:24 pm

Czy nic mu się nie stało? Ból i oszołomienie nie zniknęły, w niektórych miejscach na ciele były wręcz nie do zniesienia. Dotknął czoła dłonią i poczuł tam coś mokrego. Przytknął palce do ust, a wtedy zdał sobie sprawę z metalicznego posmaku tej substancji. Więc najprawdopodobniej w jakiś sposób przeciął sobie czoło, może wbił sobie w nie kawałek drewna? Trudno mu było określić, na pewno wiedział jedynie to, że była to krew. Miał nadzieję, że nie było to nic bardzo poważnego. Jęknął cicho, nie mogąc już dłużej powstrzymywać się od wydania tego odgłosach.
-Nie, nie jestem, to równie dobrze może być po prostu jakaś dziura- odparł zgodnie z prawdą. Jak niby miałby być pewien w takiej sytuacji? Niemożliwe. Przecież on również nic prawie nie widział. Nagle usłyszał jakiś nowy głos, a potem odpowiedź Japończyka. Zmarszczył brwi. Nie był w stanie skupić myśli. - ... Kto?
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Admin

avatar

Orientacja :
Ekwipunek : -
Wątki i powiązania : -
Po jakiego czorta jesteś na statku? : -
Liczba postów : 444
Join date : 18/02/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Pon Gru 10, 2012 10:32 pm

Głuchy łomot – ciężki, obrzydliwy dźwięk – i wrzask się urwał, pozostawiając po sobie niemą pustkę w jego umyśle. I przez moment Artur zapomniał nawet, jak się nazywa. Przełknął ślinę, która z trudem przepłynęła przez jego gardło. W czeluściach ciemności wytężał wzrok, by co najmniej dostrzec osobę stojącą na przeciwko. Zdawało się, że coś mówiła. Jej spokojny i opanowany ton głosu, który mieszał się ze znajomym chłodem, coś mu podpowiadał.
Widział tylko lśniącą w ciemności parę oczu i rozmazujące się kontury. Nadal nie był w stanie określić, w jaki sposób znalazł się w tym paskudnym miejscu. Po chwili spostrzegł, iż w promieniu kilku metrów znajduje się jeszcze inny człowiek. Dlaczego Chilijczyka przypomniał sobie od razu? Przecież rozmawiał z nim tylko... raz? Drgnął, marszcząc czoło jeszcze bardziej. Poczuł się zdezorientowany. Dla bezpieczeństwa własnego, nadal trzymał wyciągniętą broń. Nie mógł mieć żadnej pewności, że to nie z winy Japończyka jest tutaj. W międzyczasie usiłował zespoić fakty w jedną, najbardziej prawdopodobną całość, która była ciągiem wydarzeń z niedalekiej przyszłości i tłumaczyła jego wizytę na tym wraku. Było ciężko, a do tego co chwila dochodziły nowe informacje. Z tego udało się ustalić tylko jedno: chcą mnie zabić. Ciężko było spojrzeć na to z innej strony, kiedy z poważnym obrażeniem głowy i resztą potłuczonego ciała tkwił w ciemnym pomieszczeniu. Z tego, co pamiętał, a było tego naprawdę niewiele, Joseph ( albo jakkolwiek inaczej nazywał się Chilijczyk, który miał to szczęście tkwić w tym wraku okrętu razem z Arthurem ) nawet nie należał do jego załogi, tylko do załogi jakiegoś idioty, z którym wiecznie prowadzi bitwy morskie. To także nie wyglądało ciekawie. Wręcz był na straconej pozycji; jednej osoby nie znał, bądź nie mógł sobie jej przypomnieć, a druga była... wrogiem? O ile można było ją tak nazwać. Na razie okazywała neutralność, nie zbliżając się do niego. Poruszył się niecierpliwie, jakby szykując się na jakiś ruch wroga. Jeżeli w ogóle ma okazję z wrogiem przebywać.
Nie był do końca pewny, czy to przez ten uraz spowodowany upadkiem, czy też urokiem miejsca, w którym był uwięziony, ale nie dość, że w głowie mu huczało, to jeszcze się kręciło. Pomijając już sam bolesny fakt, iż czuł się, jakby mu pękała. Zapewne dlatego czuł jak ogromnym wysiłkiem jest dla niego skupienie swego wzroku w ciemnościach pomieszczenia, by móc cokolwiek rozszyfrować. To wcale nie było takie proste.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Japonia

avatar

Orientacja : T-To nie jest miejsce na takie wyznania...|!
Ekwipunek : Szabla, dwa japońskie sztylety - po jednym w każdej cholewie buta, stary i wyświechtany zwój przedstawiający rysunek gejszy, zgrabna, japońska fajka.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Gdyby się to wydało, miałbym bardzo poważne problemy...
Multikonta : brak
Liczba postów : 200
Join date : 14/10/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Czw Gru 13, 2012 12:09 am

- ... - wpatrywał się w zarysy postaci Anglika, nie poruszając żadną częścią ciała nawet o milimetr.
Coś było nie tak...
Kątem oka usiłował wyłapać szczupłą sylwetkę młodzika.
Coś było nie tak...!
- ...Kapitan-san? - spróbował, niechętnie wymawiając nazwę jego tytułu z równą uprzejmością i niepewnością zarazem.
Brak odpowiedzi.
- Kto? Ja... Nie wiem. - przyznał w końcu, kierując twarz w stronę Chilijczyka. Jego głos brzmiał nieprzyjemnie głucho. Słyszał to... Głucho i słabo. Nienaturalnie niepewnie. Wręcz przepełniało go coś na kształt skrywanej dezorientacji lub niezrozumiałej obawy.
- ... - czy to możliwe żeby się pomylił? On? Aby nie rozpoznać najważniejszej aktualnie osoby w jego życiu... Swojego najcenniejszego wroga i zarazem sojusznika z przymusu? Kapitana? CO BYŁO NIE TAK Z TYM STATKIEM DO STU DIABŁÓW?!
Zimny pot wystąpił na jego kark i plecy, co przy chłodnych podmuchach przeciągu doprowadziło do przechodzenia go lekkich dreszczy. Nawet przeciągi zdawały się być tutaj "inne"...
A więc, pułapka? Miraż? Kim była tak naprawdę stojąca przed nim osoba, jeśli nie Kirklandem?
-To nieistotne... - odezwał się cichy, zimny głos w jego głowie. Mimo całego chłodu, był dziwnie przyjemny dla ucha.
-"...nieistotne"? - powtórzył po nim niczym ciche echo.
-Nieistotne. - przytaknął głos z pewnością siebie tak dobijającą, że wprost nie szło uwierzyć aby mógł nie mieć racji. Przecież... Wiedział lepiej. Prawda?
-Wiesz więc, co powinieneś zrobić. - zwrócił się do niego ponownie, z o wiele wyraźniejszą nutką wesołości, gdzieś na samym skraju słyszalności. Zachęcał niczym matka małe dziecko do postawienia pierwszego kroczku.
- Ja... - Kiku zawahał się, ale jego nogi automatycznie ugięły jeszcze niżej. Lewa zaszurała o podłoże, wysuwając się bardziej do przodu.
- Wiesz. - tym razem było to nieznające sprzeciwu stwierdzenie. Nie można było tego podważyć. Głos wiedział, że Kiku tego nie zrobi, a sam Kiku...
- Wiem.- powolnym, lecz stanowczym ruchem wyswobodził kordelas ze swej skórzanej osłony. Nie było już niczego, co mogło go powstrzymać. Żadnego strachu. Żadnej niepewności. Duch czy mara, nic ani nikt nie będzie go dłużej zwodzić w podobnie żałosny sposób. Nawet otaczający ich mrok z niewiadomych przyczyn, przestał stanowić dlań przeszkodę. Przecież ty zawsze żyłeś w mroku~ - wyjaśnił mu głos z wyczuwalną nutą politowania i współczucia zarazem. Dziwne... Jakoś nie mógł mu mieć tego za złe.
Ostrze bron i z cichym sykiem zaskrobało o deski, zataczając przed swym Panem półkole, wyznaczając niewidoczny w ciemności ślad.
Dlatego teraz...
- Wodny ptak śpi...
...scalasz się z nim w jedno.
- Kołysząc się na rzece...
By stać się posłańcem cieni. Tylko... Czy dasz radę zadać odpowiednio silny cios, nawet jeśli to tylko imitacja?
- Pomiędzy życiem a śmiercią. - zamknął oczy, zupełnie nieświadomy, że deklamował ów jisei no ku na głos. Ciemność zagęszczała się powoli, niezauważenie. Człowiek jest pod tym względem zbyt upośledzony... Bo jak może powiedzieć, że widzi coś, czego kształtu nawet nie może określić? Właśnie dlatego nie da się zobaczyć ciemności samej w sobie, tak samo jak nie może zobaczyć powietrza czy wiatru targającego włosy. Może natomiast być jej świadomy. Świadomy niczym śmierci, która pewnego dnia po niego przyjdzie. Zapowiedzią tejże, stał się właśnie Japończyk.
Wraz z ostatnim słowem opuszczającym jego usta, przesunął się o krok do przodu, potem bardziej w lewo, krok za krokiem, przez cały ten czas pozwalając ostrzu sunąc po deskach, komunikując tym sposobem o swoim położeniu. Nie bezcelowo.
Raz w prawo, raz w lewo, cały czas na ugiętych nisko nogach. Skupiony i z zamkniętymi oczyma, nasłuchiwał własnych kroków, odgłosów bicia serca oraz oddechu. Dalej, kolejno "kopie" Arthura, a potem Chilijczyka. Wyciszał się w ten sposób, dopóki jedynymi odgłosami w pomieszczeniu, nie zostały: urywany, nerwowy oddech Kapitana, przestraszony i szybki młodzika oraz zgrzyt jego własnego miecza.
Ruchy Kiku stawały się coraz płynniejsze i lżejsze z sekundy na sekundę. Mniej wyczuwalne, dopóki nawet skrzypiące dotąd niemiłosiernie deski, nie zostały przezeń oszukane. Jakże mógłby stać się cieniem, gdyby nie potrafił wyważyć swojego własnego ciężaru...?
Właśnie dlatego, tym razem nawet wykonany przezeń, dość potężny sus ku ścianie po prawej stronie Kirklanda, zakończył lądowaniem godnym miękkich, kocich łap. Dopiero przesuwając ostrzem po ścianie zdradził swą obecność tylko po to, aby zaraz ponownie ruszyć przed siebie, chcąc zmylić przeciwnika.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Pią Gru 14, 2012 5:40 pm

Przez chwilę zastanawiał się nad tożsamością ich trzeciego towarzysza. Sam fakt, że Japończyk zwracał się do tego człowieka kapitanie... I jego włosy, które chyba były blond, chociaż w takich ciemnościach trudno było określić. Ale Jose widział go przecież zanim znaleźli się w tym pomieszczeniu. Duże prawdopodobieństwo więc, że miał do czynienia z Arthurem. Z wrogiem. Osobiście nic do niego nie miał, ale przecież byli na dwóch różnych statkach. Pewnie zabiliby go gdyby nie to, że statek próbował to zrobić.
A potem, gdy już pomyślał, że gorzej być nie może, Kiku zaczął mówić dziwne rzeczy. Było to chyba coś w rodzaju dziwnego wiersza, który w tej sytuacji brzmiał po prostu upiornie. Dreszcz przebiegł po plecach bruneta.
W tamtym momencie Jose przestał nadążać za tym, co się wokół niego działo. Co prawda nie rozumiał już wtedy gdy byli na górze, na pokładzie, pochłaniani przez dziwną masę, wtedy jednak nie był na pograniczu zdrowych zmysłów. Co to miało być, do cholery jasnej? Przeklął moment, w którym zdecydował się postawić stopę na tym statku. Ciekawość, ciekawość. Musiał się jej wyzbyć, bo wpędzała go w same nieprzyjemne rzeczy.
Zgrzyt. Doskonale wiedział, co wydawało takie odgłosy.
-Oszalałeś?- krzyknął. Dlaczego? Jeszcze przed paroma minutami Azjata zachowywał się zupełnie inaczej. Również wyglądał na przyszłą ofiarą tego Czegoś. Byli towarzyszami w niedoli, a nie drapieżnikiem i jego zwierzyną. Sięgnął po swoją broń, ale okazało się, że jej nie było. Nie wiedział jakim cudem, przecież nie mógł jej tak po prostu zgubić. Nie był już przecież nieodpowiedzialnym dzieckiem, tylko doświadczonym piratem, który nie gubił swojej broni.
Cofnął się o krok, uderzając głową o sufit wybitej przez siebie dziury.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sob Gru 22, 2012 11:02 pm

Uważnie obserwował siostrę, dopóki ta nie wróciła tu do nich z liną. Miał nadzieję, że czuła się już lepiej, bo gdyby było coś z nią nie tak, powstałyby kolejne problemy. A tego przecież nie chcieli, tym bardziej, że jeszcze sobie z tymi nie poradzili. Poza tym, Lotte to jednak jego siostra i naprawdę wolał by ta wyszła z tego wszystkiego bez szwanku. Ot tak po prostu, nic wielkiego, jednak nigdy sam z siebie nie powiedziałby tego na głos.
Gdy ta podała linę Ravisowi, przez chwilę czekał aż chłopak się ruszy i zwiąże Alfreda. Po jego minie było jednak widać, że nie ma co na to liczyć, a więc należało wziąć sprawy w swoje ręce. Westchnął cicho i położył dłoń na jego ramieniu.
-Ja to zrobię. - Nie czekając aż Łotysz mu ją poda, wziął ją i kucnął przy Alfredzie. Sprawnym ruchem owinął linę wokół jego ciała i upewnił się, że nawet gdyby się ten obudził i dalej był opętany, to tak łatwo się z nich nie wyplącze. Po tym wszystkim wstał, otrzepując ręce i przyjrzał się swoim towarzyszom niedoli.
Zastanawiał się, kto będzie musiał go nieść i z niezadowoleniem stwierdził, że oczywiście on. Ravis od razu odpadał, bo sam wyglądał jakby ledwo tu się trzymał, nie mówiąc, że to przecież dziecko, a z Lottą też było coś nie tak. W milczeniu podniósł Amerykanina i ułożył go sobie wygodnie na plecach. Nie chciałby go przecież zgubić, gdyby zaszła potrzeba szybkiego biegu.
-To teraz pytanie, w którą stronę idziemy. - Zawiesił wzrok na drzwiach, nie będąc pewnym czy skierować się w tę stronę.
Powrót do góry Go down
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sob Gru 22, 2012 11:14 pm

Gdy już oddała linę "w dobre ręce" spokojnie obserwowała kolejne wydarzenia. Przez cały czas nie odzywała się ani słówkiem. Odkąd Alfred był nieprzytomny powoli czuła się coraz lepiej, ale wciąż nie była jeszcze w pełni sił. Gdy już Owen uporał się z Amerykaninem, zaczęła się zastanawiać co dalej. Powinni już wracać, ale niestety nie było to rzeczą prostą. Najlepiej w ich sytuacji byłoby znaleźć jakieś wyjście, te jednak znikały i pojawiały się w najgorszym możliwym momencie. Mogli też sami zatroszczyć się o wytworzenie wyjścia, ale wtedy mogliby przez przypadek wylądować w wodzie. Najrozsądniejszym wyjściem z sytuacji byłoby więc powrócić do miejsca, którym weszli i może zrobić dziurę w burcie.
Cokolwiek, byleby już tu nie być
Stanęła trochę bliżej brata i rozejrzawszy się po pokoju nie dostrzegła żadnych innych drzwi. Nie mieli więc innego wyjścia, tylko wrócić tym samym korytarzem.
-Chyba na razie nie ma wielkiego wyboru - odpowiedziała.
Powrót do góry Go down
Admin

avatar

Orientacja :
Ekwipunek : -
Wątki i powiązania : -
Po jakiego czorta jesteś na statku? : -
Liczba postów : 444
Join date : 18/02/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Pią Sty 04, 2013 7:09 pm

Palce zacisnęły się mocniej na rękojeści miecza, kiedy usiłował się odnaleźć w tej niepokojącej okoliczności. Zaniepokojenie stało się jego wiernym towarzyszem od samego wejścia na ten okręt i to ono podpowiadało mu, że To tu jest. Tymczasem on odnalazł innego wroga. Wroga, który przed momentem nazwał go swoim kapitanem, by następnie zaatakować. Jeszcze przedtem wymruczał coś pod nosem, zupełnie jakby był niespełna rozumu. Stał się bardziej skupiony i ostrożny w obliczu nadchodzącej walki. Zasady pisały się same; wygrany bierze życie, przegrany - zostaje w tym miejscu. Z Tym. Do końca.
Jednakże w takich warunkach wzrok zawodzi, a bardziej przydatny zdawał się być słuch. Do pewnego momentu. Ciche ruchy Japończyka przestały być wykrywalne. Arthur zacisnął mocniej zęby, poddając się niezawodnemu instynktowi. Kolejny aspekt stanowiący przeszkodę, to ten sam ból głowy. Z każdym gwałtownym ruchem, nasilał się, przeszkadzając mu w obronie. Czy to właśnie w tym upiornym miejscu i w takich okolicznościach było mu dane zginąć? Z rąk swego wroga, którego nawet nie pamięta, a który sam wygląda, jakby był pod władaniem jakiejś ciemnej siły? Na pewno nie. Być może tym statkiem rządziły upiory, duchy zmarłych i Kirkland nie miał żadnych wątpliwości co do tego zjawiska, ale bez wątpienia nie pozwoli im się zabić.
Powędrował bezwiednie wzrokiem w kierunku miejsca, gdzie usłyszał ocierające się o ścianę ostrze. Napiął mięśnie, oczekując ataku. To był dopiero pierwszy cios, a już tak mało brakowało. Na jego czole pojawiły się krople potu. Zaklął. Długo tak nie pociągnie, musi znaleźć inny sposób.
Słyszał głos Chilijczyka przytłumiony biciem jego serca i szybkim oddechem. Może i on byłby pomocny? Odpowiedź an te pytanie pozostała nieznana, kiedy Kirkland nadal usiłował się bronić. Nie na długo.
Cofając się do tyłu, uderzył plecami o ścianę. Deski zawaliły się, ciągnąc za sobą Arthura, który wylądował wśród jakiejś śmierdzącej cieczy wraz z nimi. Świetnie, genialnie wręcz. Jeżeli teraz wstanie, każdy jago ruch będzie utrudniony. Przetoczył się w miarę możliwości cicho pod część ściany, która nie została zerwana. Wstrzymując oddech czekał, aż Japończyk zacznie go szukać.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Ameryka

avatar

Orientacja : Nie wiem...jeszcze! >3<
Ekwipunek : Nóż i zwykła strzelba za pazuchą~.
Wątki i powiązania : Wychowanek Anglii(Francja też miał w tym niewielki udział), brat Seszelii, Kanady, Dominici itp. oraz bratanek Irlandii, Walii i Szkocji.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Bo na takim statku przyda się taki zajebiaszczy superhero!!! >D
User : Inulka/Dojcz/Ame
Liczba postów : 155
Join date : 15/09/2012
Skąd : Waszyngton w Ameryce oczywiście!

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Wto Sty 08, 2013 4:27 pm

Chłopak był nieprzytomny i do tego teraz również związany. Czuł jedynie dziwne ocieranie się o niego liny.
Po dłuższym czasie, będąc na plecach Walijczyka, obudził się. Otworzył delikatnie oczy i mruknął coś, po czym zerknął w dół, na sznur opleciony wokół niego. Pobladł i krzyknął.
-AAAA! JESTEM ZWIĄZANY, DUCHY MNIE DORWAŁYYYY!-przeraźliwy krzyk.
Zaczął się szarpać. No tak, chłopak nie do końca wiedział, o co chodzi, na czyich plecach jest, czemu ten ktoś idzie i z jakiego powodu nic nie pamiętał, jeśli chodziło o ostatni...dość spory okres czasu.
Zacząłby machać rękami, jednak nie miał takowej możliwości z powodu sznura. Rozejrzał się wielkimi, niebieskimi oczami dookoła. Dostrzegł Łotwę i Irlandię, a po chwili zorientował się, że znajduje się na plecach Walii. Odetchnął z ulgą i oparł się czołem o jego ramię. Był teraz nieco roztrzęsiony, a do tego chciał się dowiedzieć, czemu jest związany. Mimo to - nie zapytał.


Ostatnio zmieniony przez Ameryka dnia Sro Lut 06, 2013 8:45 pm, w całości zmieniany 1 raz
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sro Lut 06, 2013 1:18 am

Czemu wy nigdy mnie nie pominiecie DDD:

Skoro nie było innego wyjścia, raźnym krokiem ruszył w stronę jedynych w tym pomieszczeniu drzwi. Otworzył je ostrożnie, lekko wyglądając, jakby chcąc się upewnić, czy nic zaraz na nich nie wyskoczy. Gdy droga okazała się wolna od wszelkich dziwnych zjawisk, skierował się w pierwszą lepszą stronę i poszedł przed siebie, upewniając się, że jego siostra i Łotysz również idą. Lepiej się w tym momencie nie zgubić, bo chyba ciężko byłoby znaleźć ochotników, którzy by daną zgubę szukali. Nie był też do końca przekonany czy to ten sam korytarz co przedtem, ba, postawiłby wszystkie swoje oszczędności na to, że jest całkowicie inny, ale nadzieja matką głupich. Może przy opaczności kogoś tam na górze uda im się stąd wyjść?
Wszystko szło pięknie dopóki nie obudził się ich były opętany. Słysząc taki wrzask tuż przy uchu, na początku wystraszył się nie na żarty i ledwo co Amerykanina utrzymał. Nawet miał wrażenie, że ogłuchł, ale całe szczęście było to tylko chwilowe uczucie.
-Alfred, przysięgam, że jeżeli jeszcze raz tak nawrzeszczysz mi do ucha, to zostawię się duchom jako ofiarę od nas. - Odwrócił głowę, żeby spojrzeć na dzieciaka, ale widząc w jakim jest stanie, tylko westchnął i postanowił ten incydent puścić w niepamięć. Nie było sensu go roztrząsać, a przynajmniej nie w tym momencie.
-Jak się czujesz? - Nie czuł potrzeby by wyjaśnić Alfredowi czemu właściwie jest związany i jak wylądował u niego na plecach, poza tym, nawet o to nie zapytał. A jakby co, zawsze kto inny mógł chłopaka olśnić, on wolał skupić się na drodze. A skoro już o tym mowa, to napotkali kolejne rozwidlenie korytarzu.
-Którą stroną wybieramy? - Zawsze można zrobić wyliczankę, tylko niezbyt by to pasowało do powagi sytuacji, w której się znajdują.
Powrót do góry Go down
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sro Lut 06, 2013 1:53 pm

Zaczynała czuć się lepiej. Tajemnicze, irytujące szepty powoli ustawały w miarę jak powtarzała sobie, że nie ma co się nad sobą użalać, a trzeba się wydostać z tej przeklętej łajby. Zamaszystym ruchem odgarnęła niebywale zmierzwione włosy z twarzy i popatrzyła na budzącego się Alfreda.
- Przestań się drzeć jak stare gacie Arthura. Wrzeszczysz, jakby cię znów coś opętało, a tego byśmy raczej nie chcieli.
Do jasnej cholery, mógłby chociaż raz nie robić tych przedstawień z duchami. Istnieją, owszem i Charlotte dobrze o tym wiedziała - to on w nie nie wierzył w przeciwieństwie do tych wszystkich przebrzydłych 'zjawisk' typu UFO. Zaś Irlandka widziała na własne oczy teraz już nie tylko duchy i żywe trupy, ale też niektóre wróżki czy krasnale, chochliki. Te zaś wyśmiewał, doprawdy co za idiota! No ale cóż, rodziny się nie wybiera, a ten głupek był mimo wszystko fajnym głupkiem.
Teraz stanęli przed niełatwym wyborem - w lewo czy w prawo? Dziewczyna rozejrzała się dokładnie po korytarzu. Obydwa odchodzące od tego, w którym się znajdowali, były identyczne. Zupełnie jakby ktoś umieścił w pomieszczeniu ogromne, ciemne lustro. Bo też z powodu braku światła wiele widać nie było. Ostatecznie doszła do wniosku, że nie ma co się pierdolić, tylko trzeba się z okrętu wydostać. Z tymże hasłem na ustach wskazała pozostałym prawy korytarz i od razu ruszyła przodem. Według jej biologicznego zegara, powinno świtać za niecałą godzinę, a jednak nie czuła zmęczenia. Ba, nawet szła raźno i pewnie, uważnie wypatrując przejścia w ciemności. Na chwilę obecną byli niestety pozbawieni wszelakich lamp i świec, co znacznie utrudni im podróż.
Powrót do góry Go down
Ameryka

avatar

Orientacja : Nie wiem...jeszcze! >3<
Ekwipunek : Nóż i zwykła strzelba za pazuchą~.
Wątki i powiązania : Wychowanek Anglii(Francja też miał w tym niewielki udział), brat Seszelii, Kanady, Dominici itp. oraz bratanek Irlandii, Walii i Szkocji.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Bo na takim statku przyda się taki zajebiaszczy superhero!!! >D
User : Inulka/Dojcz/Ame
Liczba postów : 155
Join date : 15/09/2012
Skąd : Waszyngton w Ameryce oczywiście!

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sro Lut 06, 2013 8:46 pm

Chłopak odetchnął głęboko i zamknął oczy. Ani nie raczyli się zatrzymać, aby go rozwiązać, ani postawić... W takim razie musiał coś nieźle odwalić. Alfred zacisnął powieki. Nie odezwał się już, ale zdawał się być przerażony całą tą sytuacją. Za dużo było tego wszystkiego. Al nie bał się niczego, jak prawdziwy superbohater, bo przecież Ci się nie boją, czyż nie?! No właśnie... Jednak nie było tak, że nie przerażało go nic. Nie... Była jedna rzecz. Zjawisko paranormalne, w które chłopak wierzył całym sobą. Były to bowiem duchy.
W oczach Jonesa zaczęły zbierać się łzy w dość sporej ilości, które prawie natychmiast spłynęły po policzkach młodzieńca. Nie miał pojęcia co się tak naprawdę działo i dzieje, jednak nie wyglądało na to, aby zamierzał się szybko dowiedzieć. Łzy kapały na koszulę Walijczyka, jak również i na ziemię. Załkał cicho. Czuł się okropnie, nie chciał już być na tym statku. Przeklinał się teraz w myślach, że w ogóle tu wszedł, a przez to wszystko poczuł, że zaczyna wątpić w swoje bycie hirołem tych czasów. We wszystko powoli wątpił. A teraz wyobraźcie sobie, jak bardzo Alfred w tym momencie musiał być przerażony i co by się zdarzyło, gdyby musiał siedzieć tutaj kilka dni. Zwariowałby...
Chłopak dygotał, a łzy po prostu płynęły.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Japonia

avatar

Orientacja : T-To nie jest miejsce na takie wyznania...|!
Ekwipunek : Szabla, dwa japońskie sztylety - po jednym w każdej cholewie buta, stary i wyświechtany zwój przedstawiający rysunek gejszy, zgrabna, japońska fajka.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Gdyby się to wydało, miałbym bardzo poważne problemy...
Multikonta : brak
Liczba postów : 200
Join date : 14/10/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Wto Lut 12, 2013 3:26 am

Krok za krokiem, sus za susem. Lawirował po pokładzie, wczuwając się w ten wyjątkowy taniec, dla którego akompaniamentem był oddech pozostałych dwóch kompanów, spowitych jak i on w nieprzebytej ciemności.
Taniec. Ah, jakąż lekkość w nim odkrył! Jaki spokój i to niezwykłe ukojenie ducha! Tańczył by żyć? Czy może raczej tańczył by umrzeć? Tak bardzo chciałby się już tego dowiedzieć... Nie mógł umrzeć, ale i nie mógł ujść żywy, nawet jeśli dopadnie swoje ofiary. Czy to nie zabawne? Z jakiegoś powodu, w ogóle go to nie martwiło. Nie czuł strachu. Nie martwił się. Kiedy dorwie tę żałosną mistyfikację... Kiedy w końcu się z nią zmierzy i pokona...! O tak, wreszcie udowodni swoją wyższość! Ciemność i cienie były mu przychylne - dlatego nie ma innej możliwości jak wyjść z tego zwycięską ręką. I wreszcie... Wreszcie-...! Wreszcie stanie się tym, kim chciał się stać, odkąd jego statek...! Odkąd statek na którym się wychował-... Ah... Jaki statek mógł mieć na myśli? Przecież... nigdy nie stacjonowałem na statku innym niż TEN... [/i - strapił się pod wpływem niespodziewanej myśli, jednak głos zapewnił go, że to naturalne. To całkiem zwyczajne gdy człowiek jest zmęczony, czyż nie? Lecz kiedy tylko pozbędzie się intruzów, powinien zakomunikować kapitanowi o chęci wzięcia sobie kilku godzin dla zażycia odpoczynku. A choć Kiku nie czuł się ani odrobinę zmęczony, a jedynie strasznie bolały go łydki i wnętrze lewej dłoni, zawierzył mu od razu. Przecież wiedział najlepiej.
Satysfakcja odniesiona z wyczuwalnej frustracji okrążanego przezeń nadal Anglika, tylko dodawała mu dalszych chęci do działania. I kiedy już zdecydował się zadać pierwszy cios, mający nadać tej "grze" nieco żwawszego tempa, stało się coś, co na moment zupełnie wyrwało go z tego chorego letargu. Krzyk Jose dotarł do niego zaledwie jako stłumione echo, lecz głośny trzask łamanych desek oraz dźwięk czegoś ciężkiego, uderzającego o wodę, zdawały się nieznośnie wyraźnie rozbrzmieć nie tyle w uszach, co wnętrzu jego czaszki. A jako, że akurat był w doskoku, zmuszony został nieco nerwowo wykręcić ciało w locie i znowu opaść na czworaka, zatrzymując się na zaledwie pół metra od drewnianej ściany, która przed nim runęła, nieszczęśliwie pochłaniając jego cel.
- ... - przesuwając się ostrożnie w stronę lekkiego spadu, wysunął rękę maksymalnie przed siebie, chcąc wymacać krawędź i dalej, ostatecznie zanurzając puszki palców w czymś... mokrym. Zawiesina wydawała się odrobinę gęstsza niż woda. Na dodatek... paskudnie śmierdziała.
- Rynsztok... Cóż za idealne miejsce dla szczura. - wyrwało mu się niekontrolowanie nieprzyjemnym chichotem, przebierając cuchnącą breje już nie palcami a całą dłonią. Powoli przymknął oczy i uśmiechając się dalej do siebie, usiłował wczuć się w ruchy wody. Nie wiedział co ma przed sobą, ale to nie było ważne jeśli wsłuchując się, zacznie rozróżniać dźwięki gdy wzburzona przezeń ciecz, lekkimi falami zacznie uderzać o drewniane, nieruchome deski, a kiedy zetknie się z czymś miększego i bardziej... ruchomym. A może zwyczajnie powinien ułatwić sobie zadanie i wyciągnąć sztylet? Spróbować wyrzucić jeden aby wróg sam się zdradził? A może... Może...
- ... - jego myśli nagle zwróciły się bardziej w stronę Chilijczyka.
Tamten dzieciak... Być może nie był nikim dla niego ważnym, nawet nie należał do jego załogi. Ale kto wie ile kłopotów mógłby mu sprawić swoją obecnością? Głos także był za tym, aby się go pozbyć. Jeszcze bardziej oszołomiony niż podrabiany Anglik, będzie o wiele łatwiejszym celem. Szkoda... Ah, ale jeśli był towarzyszem tamtego, istniała szansa, że uda mi się go wywabić kiedy tylko młodzik zacznie wystarczająco głośno krzyczeć. Tak powinno być w porządku.
Podnosząc się więc znowu na równe nogi, zamierzał skierować się bezpośrednio w jego kierunku. I wszystko byłoby w porządku, gdyby coś stłumionego na skraju świadomości, nie odezwało się niespodziewanie głośno, powtarzając to co chwilę temu przeszło mu przez głowę. [i]...do jego załogi. Jego załogi... Załogi...
- której załogi?
Rozwierając szerzej oczy, przytknął dłoń do czoła.
"- Kapitan będzie bardzo niezadowolony, jeśli się nie pospieszysz..." - ostrzegł go ten, który usiłował narzucić mu swoją wolę. Tyle tylko, że Kiku nie miał przecież Kapitana, którego aprobowałby do tego stopnia, by potrzebował przejmować się jego zdaniem na swój temat. Chciał zabić tego tutaj, ponieważ przypominał mu... Przypominał mu... Kapitana?
"- To nie Twój kapitan!"
Coś było nie tak...
"- Nie nasz!" - powtórzył rozeźlony jego wahaniem, na co ten nie tyle się nie uspokoił, co wręcz buntować. Chciał na spokojnie przemyśleć to wszystko. Chciał sobie przypomnieć dlaczego robił to co robił. I z czyjej woli?
"- Naszej." - zapewniał głos gorączkowo, starając się wpłynąć raz kolejny na jego tok myślenia. Tym razem już znacznie mniej dyplomatycznie, napierając na nań. Oczekiwał lub oczekiwało od niego posłuszeństwa... i zamierzało je pozyskać, bez względu na wszystko.
- Ghh... - zaparł się nogami i złapał za nadgarstek dzierżącej broń ręki, która wbrew jego woli, zaczęła unosić się ponad głowę. - D-... Do-ość.. - stęknął ciężko kiedy napór stał się niemalże bolesny, a nieznana obecność zdawała się wciskać w każdy zakamarek jego umysłu. Skołowany bólem i ogólnym mętlikiem, zmusił swoje nogi do ugięcia się i całkowitego uderzenia nimi o podłoże. Nic z tego nie rozumiał.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sro Lut 13, 2013 4:05 pm

Wsłuchiwał się w otaczające go dźwięki. Nagły trzask wprawił jego ciało w drgnięcie. Potem usłyszał jeszcze chlupot wody i ten kompletnie nienormalny chichot. Żałował, że nic nie widział i nie wiedział co się stało. Arthur został powalony jednym ciosem, tak szybko, że nie zdążył nawet krzyknąć? Wydawało mu się to mało prawdopodobne. Japończyk padł? Nie, to można było wykluczyć. Więc co? Co się stało, tak blisko przed jego nosem, a jednocześnie tak niedosięgalne, że nie miał o niczym pojęcia? Nie mówiąc już o tym, że powód dla którego Japończyk nagle zaczął świrować, dalej był mu nieznany.
Ludziom nie można było ufać. Nigdy. Prawie codziennie utwierdzał się w tym przekonaniu.
Jose nie rozumiał co się wokół niego działo i to była najgorsza strona tamtej sytuacji. Sam fakt, że nogi go bolały nie był zbytnim problemem, dobra, odnosił w przeszłości znacznie poważniejsze rany, to było chyba tylko obtarciem, czymś, co miało zniknąć za dzień. Lub nawet krócej. Gorszy był powód tego bólu- to, że statek w jakiś sposób połknął go, wciągnął, prawie udusił. To nie było normalne i napawało go czymś w rodzaj zwierzęcego lęku. Coś, co bardzo chce się opanować, ale nie jest się w stanie. Coś, co sprawia, że ma się ochotę uciec i gdzieś się schować. Tyle że mimo czuł oszołomienie i strach, nie stracił jeszcze kompletnie głowy. Nie zaczął biec przed siebie z krzykiem, nie zaczął się trząść, jedynymi widocznymi objawami jego psychicznego stanu był przyśpieszony oddech. Panował jednak nad emocjami. W miarę.
Dzieciak. Gdyby usłyszał to z ust czarnowłosego najprawdopodobniej wcale by go to nie oburzyło. Uśmiechnąłby się tyko szyderczo pod nosem i nie skomentowałby tego. Młody wiek, wychudzenie i budowa mało atletyczna- na tym wszystkim można było zbudować pogląd, że był kompletnie nieszkodliwy. Albo przynajmniej mało. To dobrze jeśli potencjalni wrogowie brali go za dziecko, które było wszędzie lekceważone, z którym nikt się nie liczył. Dobrze, że zapominali o tym, że nadal był piratem i nadal był jakiś powód, dla którego pewien Prusak nie wyrzucił go jeszcze ze statku. Ba, uczynił z niego bosmana! Chociaż o tym akurat nikt spoza jego załogi nie wiedział. Potężny głos, fakt, lojalność, fakt, ale to nie wszystko. Tak, jego żywiołem były raczej mapy, ale nie znaczyło to wcale, że nie potrafił walczyć. Och, gdy chciał potrafił naprawdę zaleźć za skórę i być groźnym przeciwnikiem. Rozumem albo siłą.
Tym razem umysł jakoś nie oferował zbyt wielkich możliwości. Wiedział jedynie, że musiał coś zrobić, nie mógł stać tam w ciemności i czekać na nie wiadomo co, niebo raczej nie miał mu przyjść z pomocą. Nawet jeśli Bóg istniał, to prędzej tylko bardziej by go pokrążył, wrzucił w odmęty piekła. Zostanie w miejscu nie było dobrym wyjściem. Przeszedł więc przez dziurę, którą wcześniej wydrążył swoim upadkiem. Jakaś pusta przestrzeń, nadal za ciemno, żeby zobaczyć gdzie się znajdował. To mógł być jakiś magazyn, chociaż nie dałby na to głowy. Ruszył wolno przed siebie, starając się nie robić za dużo hałasu. Nogi stawiał lekko, uważnie. Ściszył też znacznie oddech. Raz tylko niemalże się potknął, zanim zdał sobie sprawę że podłoga była dziwnie krzywa, ale się nie przewrócił.
Niestety nie dotarł daleko- już po paru niewielkich krokach spotkał się z kolejną ścianą. O ile to była w ogóle ściana, a nie jakiejś inne licho. To praktycznie mogło być wszystko, dobrze że go nie zjadło. Zaklął cicho pod nosem. Chciał znaleźć wyjście, a znalazł… Nie wiedział co. Kolejną przeszkodę. Dlaczego tam nie mogło być jaśniej? W ogóle nie mógł sobie wybaczyć, że wszedł na pokład tego akurat statku. Uznał, że wracać nie było co, jako iż tam szalał Japończyk. Od świrów najlepiej było trzymać się z daleka. Oprócz niego również Anglik. Chilijczyk nie czuł w ogóle potrzeby pomagania mu w jakikolwiek sposób. Dziwne by było jakby rozpierała go chęć niesienia pomocy wrogowi. Co najwyżej mogłoby to być działanie na złość Martinowi, ale to było dla niego za dziecinne. Niebezpieczne. Po co narażać na szwank swoje życie dla czegoś takiego?
Ruszył wzdłuż przeszkody, czymkolwiek ona była, z zamiarem przeszukania na oślep pomieszczenia, w którym się znalazł. Miał nadzieję, że nie czekały go po drodze jakieś nieprzyjemne niespodzianki wyposażone w zęby, pazury czy broń.
Jeśli się tam dostali, gdzieś też musiało być wyjście. Po prostu musiało. A on akurat w wytyczaniu kursu i obieraniu drogi był niezły.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Admin

avatar

Orientacja :
Ekwipunek : -
Wątki i powiązania : -
Po jakiego czorta jesteś na statku? : -
Liczba postów : 444
Join date : 18/02/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sob Lut 16, 2013 6:43 pm

Z każdym cichym, nierównym wdechem jego klatka piersiowa unosiła się i opadała. Jego serce wystukiwało przeraźliwie szybki rytm. Sam Anglik nie mógł sprecyzować, skąd ta impulsywna reakcja i strach lęgnący się w nim. Z obrzydzeniem spostrzegł, iż nawet jet w stanie poczuć jego zapach i skrzywił się na to. Co było jego źródłem? Japończyk, którego coś nawiedziło na tym dziwnym statku? Którego to nawet nie pamiętał?
Na jego twarz wstąpił szyderczy uśmiech na tę złośliwość ze strony swojego wroga. Co ty możesz wiedzieć o szczurach. Zaśmiał się bezdźwięcznie, czując się stracony. Ciemność wraz z poczuciem niebezpieczeństwa narastała, pochłaniając go. Słyszał ostrożne kroki Kiku, który stąpał w wodzie. Powoli, opierając się o ścianę przegniłych desek, podniósł się, wsparty o ostrze. Oczywiście, plusk wody zdradził jego obecność, do czego Anglik nie przywiązał większej wagi. Rzucił tylko wiązankę pięknych, angielskich przekleństw. To coś jest człowiekiem. Uciekasz od tego? - po raz kolejny spytał przyprawiający go o mdłości głos. Na to wyglądało i Anglik był tego pewien. Nieokreślony strach wżynał się coraz głębiej w jego wnętrze, a w skroniach usłyszał przyjemny, cichy szum, niby fal. Gorzki uśmiech wykrzywiał jego twarz; czuł się taki słaby, taki - przegrany - wyczerpany, taki - wygrałem z tobą jesteś śmieciem tylko spójrz co z tobą zrobię - bezsilny. Zaciskając dłonie w pięści, po raz kolejny wziął większy wdech. Mimo to prowadził z tymi uczuciami wewnętrzną walkę. Widzisz jak mogę z ciebie szydzić widzisz to? widzisz?
Kiedy już zebrał się w sobie, próbując zignorować zewsząd ogarniający go paskudny głos drażniący jego uszy, w planach miał ostateczny atak. Teraz moja kolej być szukającym, pomyślał pospiesznie, wsłuchując się w ciszę przerywaną odgłosami pluskającej wody. Był pewien, że czegoś jeszcze.
Wtem usłyszał zupełnie niespodziewane odgłosy. Woda zdradziła w tej ciszy położenie jego wroga. Czy to koniec? A jednak sceptyczne nastawienie do wszystkiego zmusiło go do zachowania niemałej ostrożności. Odrywając się od ściany niebezszelestnie przystąpił krok do przodu. Słyszał go na tyle dobrze, by móc go teraz wyeliminować, jeżeli ten nie wypadł już z gry. Spinając mięśnie, z rozwagą czyhał w ciszy, chcąc określić dokładnie jego położenie. To ta okazja, której nie może przegapić. Głos w jego głowie zasyczał, a potem przeklął imię jego i... i kogoś jeszcze. Arthur mógłby zaprzysiąc, iż było mu doskonale znane. Jednak nie to się teraz liczyło. Zwilżył usta, czując coraz to większy, pocieszający spokój. Wołanie cichło z każdą chwilą. Jego oczy zaśmieciły się w ciemności, kiedy przystąpił krok do przodu.
Zatrzymał się jednak szybko, jakby wyczuł, iż może zostać usłyszany. A co gorsza - to może być pułapka. Ku tej okazji spostrzegł się, iż sprzed kilkoma chwilami był pewien obecności jeszcze jednej osoby pod pokładem. Gdzie ona była teraz? Co planowała? Ni mógł jej usłyszeć, co wprowadziło go kłopot. W tej sytuacji garłacz byłby najlepszą opcją, jednak kiedy sięgnął po niego dłonią... Nie było go. Musiał zgubić go podczas, upadku. Nieważne za którym razem, nie było go.
- Cholera - wyrwało mu się półszeptem, kiedy zaciskał mocniej zęby. Na nic jego plan. Jenak zawsze miał przy boku kordelas i to właśnie z pomocą tego ostrza miał dokonać żywota jego wróg I tak cię zniszczę razem z nim jestem tutaj czujesz mnie wszyscy tutaj zginiecie
- . . . - wzdrygnął się, wytężając ostrożne spojrzenie. Kolejny krok. Jeżeli szczęście mu sprzyjało, miał sposobność pozbawić Japończyka życia już w tym momencie. Czy chciał jednak ryzykować aż tyle? Coś usiłowało związać jego mięśnie, na co szarpnął się lekko. Jakiekolwiek plany miało To, nie udało mu się i chwała za to Opaczności. Nie wahał się ani chwili, kiedy jego kordelas pewnym ruchem miał przeciąć powietrze, by w pewnym momencie natrafić na człowieka. To coś jest człowiekiem?
Wszystkie włosy stanęły mu dęba, oddech został powstrzymany, a z jego ust wydobyło się ciche stęknięcie. Zastygł w połowie. Z trudem jego ślina przebiła się przez wielką gulę w gardle.
Odziany w poszarpany płaszcz, tuż przed nim stał Wysłannik Śmierci wpatrując się w jego oczy. Jego widok był tak samo ohydny, jak wszystko inne, co posiadał. A można by napomnieć, że jedyne, co posiadał to szmaty zwisające na odbijających się w ciemnościach, jasnych kościach.
- Zabij - lakoniczne, charczące polecenie wyrwało się z jego ust, a było to zjawisko na tyle irracjonalne, iż krzyk w tym momencie był zupełnie uzasadniony. Arthur spojrzał przelotnie na człowieka klęczącego w wodzie, jednak nie podporządkował się jego rozkazom.
- Jesteś kłamstwem - cichy, acz pewny siebie głos Anglika przeciął cisze. Palce jego ostrza zacisnęły się jeszcze mocniej. Przeraźliwy śmiech stojącego przed nimi uprzedniego Kapitana tego okrętu przypominał skowyt. Boleśnie zaprzeczyło to słowom Arthura.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Japonia

avatar

Orientacja : T-To nie jest miejsce na takie wyznania...|!
Ekwipunek : Szabla, dwa japońskie sztylety - po jednym w każdej cholewie buta, stary i wyświechtany zwój przedstawiający rysunek gejszy, zgrabna, japońska fajka.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Gdyby się to wydało, miałbym bardzo poważne problemy...
Multikonta : brak
Liczba postów : 200
Join date : 14/10/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Wto Lut 26, 2013 11:08 pm

Nie było dobrze... Umysł Kiku zdawał się zapadać, pochłaniany przez mroczniejszą i bardziej bezwzględną siłę. Mrok... Ciemność... Wcześniej tak przychylne i łaskawe, teraz jakby pospołu chwyciły go za gardło, wprawnie utrudniając już nie tylko myślenie ale i oddychanie. Płytkimi, chrapliwymi haustami usiłował więc łapać powietrze w usta, wyganiać ze swoich myśli natrętną "Obecność" i powstrzymywać uzbrojoną w kordelas rękę od zadania ślepego ciosu, który być może miał ranić nikogo inne jak jego samego.
Tak słabi. Tak naiwni. Naprawdę sądzicie, że jesteście w stanie sprzeciwić się Mojej woli? Cóż za głupota. Cóż za nonsensy.
W tym momencie żelazny uścisk, palący w podobny sposób co wcześniejszy, zakleszczający się na jego nogach by wciągnąć pod pokład, został nałożony na jego kark. Z krótkim, acz bolesnym skowytem, którego nie mógł w żaden sposób zdławić siłą woli, poderwał głowę do góry. I w tego go ujrzał... Shinigami. Zaciskając swoją dłoń na jego karku, wbijał błyszczące bielą kości palców między chrząstkę tarczową i mięsień łopatkowo-gnykowy. Jednak nie to, ani nawet wkładana w ten chwyt, nieludzka niemalże siła sprawiała największy ból, lecz właśnie uczucie jakie temu towarzyszyło, pochodzące zapewne od samego kontaktu z przerażającym tworem. Uczucie przykładania do skóry rozgrzanego do czerwoności kawałka metalu. Paraliżujące i obezwładniające. Gdyby nie głos Anglika, nagle wyrywający z chwili słabości... Prawdopodobnie właśnie pozwoliłby sobie na utratę świadomości. Aż wstyd byłoby się przyznać do tak sromotnej porażki.
Tymczasem, zaciskając zęby i mrużąc zachodzące mgłą, załzawione oczy, skupił swoje spojrzenie na Upiorze. I nagle coś do niego dotarło...
- m-...kkh. - wydyszał chrapliwie i wreszcie, ostatkiem sił wypuścił z ucisku odrętwiałą teraz chociaż nadal dobywającą broni rękę, aby pochwycić i mocno zacisnąć palce na ostrzu Kirklanda. Ból był znaczący, jednak... Zupełnie inny. Prawdziwy. Jakby rozjaśniający umysł i otrzeźwiający. A może nawet i orzeźwiający?
Uśmiechając się cierpiętniczo, a jednocześnie przy tym zwycięsko, błyskawicznie uniósł drugą rękę i wbił ostrze swojego miecza między kości żeber straszydła, wypuszczając jednocześnie to należące go jego prawdziwego kapitana.
- ...DESKI! Rozpieprzcie te cholerne deski! - zawył zdławionym głosem. - Światło...! Wpuśćcie tu światło! - przekręcając ostrze tak, aby nie pozwolić kościanemu parszystwu ruszyć się o krok, modlił się tylko w duchu aby pozostali, lub przynajmniej ten, który jak i on doświadczył ingerencji na własnym ciele i umyśle, posłuchał jego naglącej prośby. Jeśli to naprawdę ciemności ten ponadnaturalny mrok dawał mu siły... Być może się nie mylił... Być może.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Chile

avatar

Orientacja : Sekret to sekret |:
Ekwipunek : NIC
Wątki i powiązania : Latynosi.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : NIE JESTEM NA STATKU, TY CHOLERNY PIRACIE
Liczba postów : 389
Join date : 04/04/2012

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sob Mar 02, 2013 12:50 pm

Słyszał ich głosy, ale dochodziły do jego uszu przytłumione. Tak, jakby ktoś nie chciał, żeby się z nimi porozumiewał werbalnie- nie żeby można się było tam porozumieć w jakkolwiek inny sposób. Myśl w normalnej sytuacji pewnie wydałaby mu się śmieszna, ale przecież całe zdarzenie odbiegało od jakikolwiek norm, więc nie było o czym mowy. Działo się tam coś niewytłumaczalnego i trzeba to było po prostu przyjąć do wiadomości. Dlatego też Jose aż tak bardzo nie przejmował się tą utrudnioną komunikacją. W końcu i tak oni zachowywali się dziwnie i nie sprzyjająco w stosunku do niego. To właśnie ten czas, w którym trzeba było zdać się wyłącznie na siebie.
Usłyszał jednak wycie Japończyka. W pierwszej chwili roześmiał się nawet gorzko. Mężczyzna najpierw świrował, recytował dziwne wierszyki, wyciągał broń i wszystko wskazywało na to, że zamierzał któregoś z nich zaatakować, a teraz jeszcze mówił im co mają robić…? Chociaż, po nieco dłuższym zastanowieniu się, po trzeźwej ocenie sytuacji, nie dało się nie zgodzić się, że być może wpuszczenie światła nie było rzeczą głupią. Wręcz przeciwnie. Na pewno pomogłoby w znalezieniu drogi ucieczki. Powinien był sam o tym pomyśleć zamiast tłuc się bez sensu po ciemku. Zaistniała sytuacja naprawdę źle wpływa na proces zwany myśleniem.
Przystanął więc, wyciągając rękę do góry. Opuszkami palców musnął sufit. Dobrze, nie było tak wysoko. Zawahał się na parę chwil, nie był do końca przekonany czy powinien to robić. Zacisnął zęby. Trudno. Jeśli dawało to nieco więcej szans na przeżycie… Do stracenia miał swoje życie.
Sięgnął po swoją broń, ale jej nie było. Zaklął, przypominając sobie ten przerażający moment z przed paru minut gdy odkrył jej brak. To było naprawdę dziwne. Nie zgubił jej, tego był pewien, była też z nim, gdy wspinał się na ten statek. Czyli okręt był w jakiś pokrętny sposób winny. Pozostawił Chilijczyka prawie że bezbronnego, zagubionego w ciemności i nie mogącego zrobić niemalże nic. Tylko, że miał jeszcze dwie ręce. Wystarczająco dużo, żeby coś zdziałać, nawet jeśli miało to być bolesne.
Zgiął nieco nogi, zacisnął dłonie w pięści i podskoczył do góry, posyłając sufitowi uderzenie. Trach. Na razie nic nie zdziałał. Opadł z powrotem na podłogę i od razu ponowił ruch. Trach. I znów. Znów… Przez parę chwil jedyne o czym myślał to te podskoki i głuche uderzenia o deski. Nogi zaczęły cicho protestować. Jose ignorował je jednak, nie przerywając swoich czynności.
Nagle deska pękła i spadła na podłogę, omijając jego głowę o kilka milimetrów. Do ciemnego pomieszczenia wpadła strużka światła, malutka, ale wystarczająco wielka, żeby go na chwilę oślepić. Uśmiechnął się krzywo i ponowił czynność. Prawie, że nie zauważył, że lewa dłoń zaczęła mu krwawić. To i tak nie było coś poważnego.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Gość
Gość



PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sob Mar 02, 2013 4:50 pm

Bez żadnego sprzeciwu oddał prowadzenie Lotte i podążył za nią, gdy ta wybrała drogę, którą według niej powinni pójść. Szedł za nią raźnym krokiem, nadal trzymając na plecach Alfreda i początkowo ignorując fakt, że ten cały dygocze.
Nie mieli zbytnio czasu na pocieszanie innych czy też uspokajanie, dlatego starał się nie zwracać uwagi na te łzy, które moczyły mu koszulę. Przeklną jedynie w myśli, bo nie było to zbyt przyjemne ani tym bardziej pożądane, ale nie miał już serce by powiedzieć coś na ten temat temu dzieciakowi. Wystarczająco jest już zestresowany i Walijczyk wolał nie dostarczać mu kolejnych powodów do zdenerwowania. A jakby tak im, nie daj Boże, wybuchnął głośnym płaczem czy wpadł w panikę to mogliby mieć kolejne problemy. Toż lepiej się w tym momencie nie wyróżniać i po cichutku stąd się wynieść. Skoro było tu wejście, to wyjście również gdzieś było ukryte. Tak zazwyczaj przynajmniej powinno być.
-Al, niedługo stąd wyjdziemy, więc wytrzymaj jeszcze trochę. - Mruknął niezbyt głośno, próbując wysilić się na chociaż odrobinę entuzjazmu w głosie. Czy mu się udało, ciężko określić, ale nie obchodziło to go.
Skupił się na siostrze, żeby tylko jej w tej ciemności nie zgubić i tak czuł, że najszybciej to ona znajdzie to wyjście. Dlaczego? Sam nie wiedział, to były tylko takie zwykłe przeczucia. Zawsze można mieć też głupią nadzieję, że duchy tu mieszkające czy inne złe moce będą czymś lub kimś innym zajęte, co dałoby im większe szanse. Na taką myśl sam siebie skarcił w duchu, bo przecież mowa tu o czymś paranormalnym. To na pewno ma wyjątkowo podzielną uwagę.
Powrót do góry Go down
Go??
Gość



PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Sob Mar 02, 2013 5:14 pm

Uparcie wbijała oczy w ciemność, choć w czerni rodem z starożytnych katakumb ciężko było dojrzeć choćby najsłabszą smużkę światłą. Mimo to parła przed siebie bez żadnych przerw czy zawahań. Szła całkowicie zdana na słuch, węch i łut szczęścia, dzięki któremu może uda jaj się o nic nie potknąć. O tyle, że podłoga mimo zużycia była wciąż w nie najgorszym stanie i dało się po niej iść bez szczególnych pułapek. Teraz szybkim krokiem przemieszczała się na przód, a jej przyspieszony oddech i stukot podeszw butów był jedyną wskazówką dla towarzyszy, by odnaleźli ognistowłosą przewodniczkę w ciemnym korytarzu. Jeśli ją zgubią, będą mieli kłopoty, ona zresztą też. Wolałaby nie pozostawać tu sama, ale nie potrafiła iść wolniej. Czuła nieodpartą potrzebę stałego przyspieszania, byle tylko wydostać się z przeklętej po stokroć łajby.
Niespodziewanie w oddali mignęła jej szarawa kreseczka. Natychmiast przyspieszyła kroku, niemal biegnąc w tym kierunku i mrużąc oczy. Czyżby światło? Ta perspektywa zdawała się być tak cudowna, że aż nierealna. A mimo wszystko, piękne rzeczy się w życiu zdarzają. Przystanęła przy ścianie dokładnie w miejscu, gdzie w starym, przepróchniałym już mocno drewnie znajdowała się niewielka wyrwa, przepuszczająca światło chylącego się już ku horyzontowi księżyca. A może to było wschodzące słońce? Trzeba się przekonać, a przede wszystkim wykorzystać nadarzającą się okazję. Zanim towarzyszom udało się ją dogonić, wzięła porządny rozmach, uderzając mocno łokciem w przegniłe belki.
Raz.
Drugi.
Trzeci.
W końcu materiał ustąpił, powiększając wyrwę. Szerszy niż wcześniej snop światła wpadł do pomieszczenia, powodując napad mrugania u Irlandki. Osłoniła odzwyczajone od jego widoku oczy ramieniem, zaś drugą ręką od razu uderzyła po raz kolejny. W końcu dziura osiągnęła rozmiar podobny wielkością do jej głowy. Wyjrzała na zewnątrz, ostrożnie przystawiając twarz do otworu. Pod już nie tak gładką ścianą rozpościerał swój piaszczysty dywan upragniony brzeg. Rudowłosa zachłysnęła się niemal, gwałtownie wdychając świeże powietrze, tak różne od tego na statku, przesiąkniętego zapachem wodorostów, pleśni i innej stęchlizny. Obróciła się w kierunku swego przybycia, czekając na pozostałych. Sama nie byłaby w stanie wystarczająco powiększyć otworu, by mogli się przez niego wydostać.
Powrót do góry Go down
Ameryka

avatar

Orientacja : Nie wiem...jeszcze! >3<
Ekwipunek : Nóż i zwykła strzelba za pazuchą~.
Wątki i powiązania : Wychowanek Anglii(Francja też miał w tym niewielki udział), brat Seszelii, Kanady, Dominici itp. oraz bratanek Irlandii, Walii i Szkocji.
Po jakiego czorta jesteś na statku? : Bo na takim statku przyda się taki zajebiaszczy superhero!!! >D
User : Inulka/Dojcz/Ame
Liczba postów : 155
Join date : 15/09/2012
Skąd : Waszyngton w Ameryce oczywiście!

PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   Pon Mar 18, 2013 2:58 pm

Związany Amerykanin po prostu tkwił na plecach Walijczyka. Zdawał się być wystraszony, jak oczywiście było. Do tego łzy płynące po policzkach chłopaka właśnie to ukazywały. Jednak mimo tego, pokiwał głową na słowa mężczyzny. Czuł się okropnie, do tego głowa potwornie zaczęła go boleć. Pulsowała wręcz tym przeszywającym czaszkę niemiłosiernym bólem, który nie zamierzał widocznie odpuścić. Skrzywił się, po czym wtulił twarz w plecy Owena. Przeklinał w myślach swoją ciekawość, gdyż ta była powodem tego, iż się tutaj znaleźli. Nienormalne... W końcu Arthur nie raz mu mówił, aby się pod tym względem - jak i kilkoma innymi - opamiętał. Ale nie, Alfred oczywiście musiał uważać, że to co tamten mówi, jest bezsensu i skoro jest samodzielny, nie musi go słuchać, ani nic. Tym razem przyznał w swoich myślach, iż Anglik tym razem miał rację. Jednak głośno by tego nie powiedział. Nigdy. Zdecydowanie nie.
Westchnął głęboko i wbił wzrok w ziemię.
Powrót do góry Go down
Zobacz profil autora
Sponsored content




PisanieTemat: Re: Nawiedzony Okręt   

Powrót do góry Go down
 
Nawiedzony Okręt
Powrót do góry 
Strona 4 z 4Idź do strony : Previous  1, 2, 3, 4

Permissions in this forum:Nie możesz odpowiadać w tematach
Pirate Hetalia :: 
 :: 
E v e n t y
 :: 
-
Skocz do: